Wiersze

Zimą

Prostuję palce by nie roztrzaskał stawów
Jak łupiny orzecha
Wciąż narastający mróz-
Zbieg z czubka globu-
Co sam skuwa ciała
I zarzucając na szyję szczypiący powróz
Prowadzi na pewną śmierć

Lecz gdy drzewa padają podcięte
W niemej skardze zeschłych liści
To nawet on-o skamieniałym sercu-
Wysyła na ratunek płatki śniegu
I wzywa anielskie zastępy
By krzyczały wniebogłosy
A szron ich gniewu
Jak balsam osiądzie na ranach

Przyłożę lód do rozpalonych skroni łudząc się
Że to ty spływasz po moim ciele
I nim się ulotnisz
Zatrzymam cię w wilgoci skóry
I ją właśnie najboleśniej zapamiętam

Dowiedzieć się ile lat ma drzewo
To jakby policzyć kropki na tęczówce oka
Które mrużysz i otwierasz nieustannie
Szukając we mnie miejsca na bezpieczną noc


17.03.2000

 

×

Log in