Słowa

Nigdy nie są takie jak ich matka
O smukłej szyi i łagodnym spojrzeniu
Skrywanym w kruchej jaskini brwi

Najpierw przyrośnięte do jej piersi
Żywią się mlekiem
By w miarę jak dorośleją ich kształty
Sięgnąć po ciało i krew

Długo chowają się pod dostojnym szelestem
Jej rozłożystych sukien
A kiedy napęcznieją i odpadną
Leżą na ziemi jak owoce jabłoni

Nim zostaną dotknięte światłem
Rumienią się na przeczucie jego potęgi
Złudnie śniąc swą misję
By pójść między ludzi
I ofiarować im dźwięczną niedoskonałość

Nie ma we mnie smutku
Lecz po co więcej mi jak patrzeć ?

 

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in