SALTO MORALE

Sprawdził, czy jego zegarek, który dostał w prezencie ślubnym działa. Nie ulegało wątpliwości, że minęła jedenasta. Jeszcze raz szarpnął drzwi od pralni, nerwowo rozejrzał się dookoła i zrezygnowany odszedł. Żal mu było czasu spędzonego bez Anny – był zazdrosny o każdą chwilę jej życia, w której nie uczestniczył.


Stać go było, żeby oddawać garnitury do czyszczenia co parę dni, co więcej, mógł pozwolić sobie na to, żeby co parę dni kupować nowe, a stare wyrzucać na śmietnik. Odkąd pamiętał miał masę pieniędzy, jednak nie obnosił się ze swoim bogactwem i właśnie to spodobało się w nim Annie najbardziej. Skromność ludzi bogatych od zawsze, pozbawionych strachu przed utratą majątku, przed koniecznością walki o przetrwanie. Od dzieciństwa wiadomo było, że wyrośnie na kogoś niezwykłego. I chociaż został wszechstronnie wykształcony, a rozmaitych talentów miał aż nadto, wyrósł jedynie na mężczyznę niezwykle bogatego.
Anna nie była piękna, lecz wypełniała sobą każdą przestrzeń. Wysoka i jednocześnie krucha, emanowała kobiecością. Połączenie wdzięku i siły stanowiło o jej dostojeństwie. Najpiękniejsze miała piersi i Newland za każdym razem, kiedy nie było to ewidentnym naruszeniem jej prywatności, starał się ich dotknąć.
Nigdy nie wstawała przed południem, więc gdyby nie wstąpił do pralni, miałby szansę na to, żeby wsunąć się pod kołdrę i poczuć przez chwilę ciepło jej nagiego ciała. Ciężko znosił dwudniową rozłąkę, tymczasem mijały kolejne minuty.
Zbliżał się do przystani, wrzucił torbę z brudnymi garniturami do motorówki i najkrótszą z dróg popłynął w kierunku ich wspólnego domu.
Obserwowałem go ukryty za śnieżnobiałą, gęstą firanką. Resztę opowiedział mi sam – znacznie później.

***

Urodziłem się z czarnymi włosami, co stanowiło poważny problem, bowiem od pokoleń w naszej rodzinie nie pojawił się żaden brunet. Znacznie później zorientowałem się, że największą przykrość ten szczegół sprawiał mojej matce. Nadaremnie przerzucała sterty lekko pożółkłych fotografii w poszukiwaniu przodka o śniadej, jak moja, karnacji. Pochylona nad stołem popadała w zadumę, a my – przyzwyczajeni do jej melancholijnego usposobienia – nie próbowaliśmy nawet dociekać przyczyn chwilowej nostalgii.
Mając nie więcej chyba niż 7 lat – po to jedynie, by sprawić jej przyjemność–wystawałem godzinami na słońcu przysłaniając twarz
i wierząc, że włosy spłowieją a cera nie ściemnieje.
I nawet nie pamiętam już, kiedy przestało mnie to obchodzić.
Rodzice rzadko się mną zajmowali i nie dlatego nawet, żeby nie mieli czasu. Lubili święty spokój, a ja zacząłem doceniać samotność. Coraz częściej przeszkadzał mi gwar podwórka, w myśli wdzierały się także dobiegające z kuchni rozmowy.
Żyłem na własny sposób nie zdając sobie sprawy z tego, że rosłem na odludka. Nie na rozkojarzonego dziwaka, bo jeśli musiałem, umiałem twardo stąpać po ziemi.
Egon ?
Nie przepadałem za swoim imieniem. Było dość niezwykłe, a ja wolałem się nie wyróżniać. Wszyscy nazywali się normalnie, więc dlaczego właśnie ja musiałem być Egonem ? Wyobrażałem sobie kogoś, do kogo pasowałoby to imię i nieodmiennie widziałem lekko przygarbionego mężczyznę w koszuli zapiętej pod szyją, który jedną parę okularów nosi w górnej kieszonce poszarzałej marynarki a drugą bez przerwy się bawi i tylko czasem zakłada. Może polubiłbym takiego człowieka, ale z całą pewnością nie chciałem nim być.
I nie pamiętam już, kiedy przestało mnie to obchodzić.

***

Wbiegła do domu. Ciągle jeszcze była zdyszana. Założyła nocną koszulę, odruchowo przygładziła włosy i szybko położyła się do chłodnego łóżka. Zamknęła oczy i postanowiła udawać, że śpi. Nie potrafiła powiedzieć mu prawdy, tym samym jednak dawała przyzwolenie na to, żeby z każdym dniem bardziej się do niej przywiązywał. Nie chciała go zranić, ale nie potrafiła wybrać mniejszego zła.

***

Weronika ledwo zamknęła drzwi, a już zaczynała myśleć o czym innym. Anna była dla niej zbyt wielką tajemnicą żeby miało sens zastanawianie się nad jej zachowaniem. Musiała przyjmować ją bez zastrzeżeń i bez komentarzy. To bolało, bo było dla niej zapowiedzią smutnej przyszłości, którą podświadomie przeczuwała. Nie miała także prawa być zazdrosna. Wtedy stałaby się jedynie błędem, a przecież - jak na niczym innym- zależało jej na szczęściu Anny. Dlatego głównie milczała.

***

Wbiegł po schodach do sypialni. Spała zwinięta w kłębek. Rozsypane na poduszce włosy, podkulone smukłe nogi. Wycofał się do przedpokoju w obawie, że nie byłaby zadowolona gdyby dowiedziała się, że ją obserwuje.

***

Celowo nie otwierała oczu. Przypominała sobie chwile skradzione Newlandowi. Szczelnie okryła się kołdrą. Teraz dopiero dotarło do niej błagalne spojrzenie, które dostrzegła na chwilę przed wyjściem i niemal poczuła jak Weronika się od niej oddala, jak kurczą się jej mięśnie, zwłaszcza te wokół ust, których minimalne nawet drżenie zawsze jest zapowiedzią nadchodzącego smutku. W myślach, na pocieszenie, delikatnie gładziła jej włosy, tak subtelnie jakby bała się, że przerwie pajęczynę, cieniutką nić, którą rozciągnęły pomiędzy sobą. Bez przyrzeczeń, skarg, zobowiązań.
Newland dotknął jej ramienia, wsunął rękę pod koszulę i pogładził sutki.
- Dzień dobry, kochanie, już wróciłem – wyszeptał tak cicho, jakby nie chciał jej w niczym przeszkodzić. Jednak zrobił to nieświadomie. Uśmiechnęła się pod przymusem czułości w jego głosie i odwracając się niby od niechcenia plecami, oswobodziła z dotyku.
- Dzień dobry. Jestem zmęczona, wróciłam bardzo późno, a przez całą noc dręczyły mnie dziwne sny. A teraz nawet nie potrafię ich sobie przypomnieć. Nie gniewaj się. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza. Może nie powinniśmy zamykać okna na noc. Może nie powinnam tyle myśleć.
- Jak chcesz- zgodził się na otwarte okno, choć reagował dygotem na najmniejszy spadek temperatury i bez względu na porę roku zakładał flanelową pidżamę z długimi rękawami.
Nigdy nie sprzeciwił się jej otwarcie. Ani w drobiazgach, ani w sprawach naprawdę istotnych. Nigdy też nie zrobił najmniejszej awantury, a mimo to całkowicie ją sobie podporządkował. Uzależnił, może to było właściwsze określenie.
Zabrał pustą szklankę, przygładził kołdrę i strzepnął z poduszki niewidzialny pyłek. Podszedł jeszcze do okna i minimalnie je uchylił.
-Śpij dobrze. I jak długo zechcesz.
Nareszcie wyszedł.
Weronika dzwoniła rzadko, a i tak Anna biegła w stronę aparatu po usłyszeniu pierwszego sygnału. Nigdy też nie pisała listów, a jednak Anna zawsze wychodziła w południe na spotkanie listonoszowi i usiłując opanować zdenerwowanie szybko przerzucała koperty. Znacznie wcześniej to ona pisała listy do Weroniki, ale nagle przeraziła się, że przez takie kronikarskie zapędy ich spotkania staną się uboższe. Poza tym wolała widzieć jej reakcje. Tym bardziej, że coraz lepiej rozpoznawała znaczenie grymasów twarzy i ruchów rąk.

***

Szedłem wolno przez ciemne ulice Miasteczka. Odkąd w ramach oszczędności wygaszano po dziesiątej latarnie – życie w nim niemal zamierało.
Kurt, który parę lat wcześniej otworzył z właściwym sobie rozmachem bar, w miejscu podupadającej agencji nieruchomości, próbował z tym bezruchem przez jakiś czas walczyć. Po zmroku sprzedawał taniej piwo, zapraszał na nocne występy miejscowych muzykantów. Jednak bez większego skutku – ci sami klienci spotykali się przy barze. Trudno zresztą byłoby o nich powiedzieć, że są klientami. Zaledwie kilku stałych bywalców tkwiło tam niezależnie od pory dnia czy roku niewiele zamawiając, za to rozprawiając w kłębach dymu o wszystkich nieobecnych.
Przyspieszyłem – samotny Kurt krzątał się pogwizdując. Udałem – na wypadek gdyby mnie zauważył – że nie patrzę w jego stronę. Nie miałem ochoty na rozmowy. Mijając pralnię sprawdziłem, czy drzwi są dobrze zamknięte. Cofnąłem się o parę kroków i spojrzałem z pewnej odległości na witrynę. Niebieska fasada kamienicy nieźle harmonizowałaby z pomarańczowym neonem, gdyby nie fakt, że spaliło się więcej niż kilka lampek i napis głosił :
PRA N A MI NA „EGO ”
Pomyślałem sobie, że gdyby u Chicka zajmującego się ubojem drobiu, zgasła literka i wyświetlił się napis :
BÓJ DROBIU
następnego dnia zaroiłoby się pewnie od bukmacherów i drobnych cwaniaczków, chcących postawić na swojego koguta.
W moim przypadku brak literki niczego drastycznie nie zmieniał. Tak czy owak usterkę postanowiłem usunąć, bo to się każdej usterce należy. Jak psu buda.
Nigdy nie przepadałem za Zeldą. Przechodząc obok jej domu wcisnąłem niedopałek do skrzynki na listy. Czasem wrzucałem tam starą gumę do żucia, mając nadzieję, że poskleja strony w jakiejś na siłę wtłoczonej gazecie albo przylepi się do widokówki akurat w miejscu, gdzie widnieje podpis. Prawdopodobieństwo było niewielkie, ale wysiłek do niego porównywalny.
Mówiąc uczciwie nie znosiłem jej. Zelda sądziła chyba, że jest damą. Dla mnie była najpospolitszą na świecie snobką. Zachowaniem przypominała udzielną księżną, nosiła się jednak jak nastolatka. Kwieciste sukienki w jaskrawych kolorach, długie polakierowane paznokcie, proste, ufarbowane na kasztanowo włosy, a nade wszystko mnóstwo pudru, którym usiłowała przykryć sieć coraz głębszych zmarszczek.
Równie pięknie wyglądałaby Etiopia posypana talkiem do stóp.
Uśmiechnąłem się do siebie – to było porównanie w stylu Zeldy.
Szkoda tylko, że w jej obecności nic podobnego nie przychodziło mi do głowy.
Mówiła do mnie : CHŁOPCZE. I najprawdopodobniej gardziła mną nie wiedzieć czemu bardziej niż resztą Miasteczka. Uśmiechając się jedną stroną ust, cedziła:
- No widzisz, CHŁOPCZE, znowu będziesz bogaty. Przyniosłam ci do wyprania aż trzy sukienki. Ostrzegam cię lojalnie, te najładniejsze.
Zanim zdążyła o cokolwiek zapytać, zazwyczaj odpowiadałem:
- Będą gotowe na pojutrze, szanowna pani.
- Zatem zapłacę ci, CHŁOPCZE, z góry, bo w ciągu dwóch dni pewnie pozjadałbyś mi wszystkie guziki. Jak ostatnim razem, przypominasz to sobie ? Ja nie chcę ingerować w twoje upodobania, ale ma się parę słabostek, co ?
- One się rozpuściły, proszę pani. Uprzedzałem, że należy odpruć.
- Och, ja nie wnikam, mam dziś mało czasu, po prostu nie rób tego więcej. To były stare guziki i mogły ci...ha ha ...zaszkodzić. Zatem masz tu pieniądze i kup sobie może coś ...ha ha ...bardziej lekkostrawnego. Pa, CHŁOPCZE.
Berni, olbrzymi pies Zeldy, który w zamian za coś słodkiego, dałby się pokroić na plasterki, przypatrywał mi się spoza sztachet w płocie. Odruchowo odskoczyłem od ogrodzenia, chociaż pomimo niespotykanych gabarytów Berni wzbudzał bardziej współczucie niż strach. Odnosiłem wrażenie, że nie lubi brzmienia swego głosu - kiedy szczekał wyglądał, jakby za chwilę miał zwymiotować. Był tak głupi, że zamiast wodzić oczami, gwałtownie odwracał głowę. Podobno miał przez to poważne problemy z kręgosłupem.
Ulicę, którą szedłem, pokryła gruba warstwa wilgotnych liści. Nie lubiłem tej pory roku. Za szybko się ściemniało, za często padał deszcz
a przenikliwy wiatr przedzierał się do ciała po mistrzowsku omijając wszystkie warstwy ubrań. Zaczynało mżyć - prawie biegłem ślizgając się na zdartych nieco podeszwach, wpadłem do domu zatrzaskując za sobą drzwi i zrzuciłem nasiąkniętą wodą marynarkę. Przechodząc korytarzem dostrzegłem blade światło wydostające się z saloniku. Nie mogłem tego zignorować- wszedłem. Maria skulona na fotelu i przykryta kocem chyba spała. W każdym razie nie otworzyła oczu.
Za porankami również nie przepadałem. W zasadzie nie musiałbym tak wcześnie wstawać, bo nie przypominam sobie, by kiedykolwiek ktoś odwiedził pralnię przed dziesiątą rano. Jednak tradycją w Miasteczku stało się, że wszystko, co można otworzyć, otwierano o ósmej. A że nie było tego zbyt wiele, tym trudniej byłoby nie zauważyć, że Egon śpi, kiedy inni od świtu pracują. Nie chciałem uchodzić za leniwego.
Otwierałem oczy i zaciskałem zęby codziennie za wyjątkiem sobót, niedziel i świąt, schodziłem do przytulnej kuchni, po której krzątała się ubrana we wzorzysty fartuch Maria. Witała mnie uśmiechem albo skinieniem głowy, czasem przelotnie dotykała moich włosów czy dłoni- zawsze jednak ożywiała się na mój widok. Dzisiaj powitała mnie szczególnie wylewnie – rozciągnęła usta w uśmiechu. Po chwili odwróciła się twarzą do kuchenki, na której rumienił się omlet.
- Wróciłem później niż zwykle, nie chciałem cię budzić. O Boże, niektórzy z nas to mają życie.
Na wszelki wypadek nie sprecyzowałem, o których dokładnie mi chodzi.
Strząsnęła omlet z patelni, posmarowała go konfiturami i przysunęła mi talerz. Podała kawę i bezszelestnie wyszła z kuchni. Gdy po kilku minutach nie wróciła zrozumiałem, że uznała swoją poranną misję za zakończoną.
Zachowywała się jak służąca. Nie lubiłem tego. Nikt by tego nie lubił.

***

Bezmyślnie wpatrywał się w wiersz leżący na stole.
Zbliżało się południe, a ona wciąż spała. Nie sądził, że powita go szczególnie serdecznie – to nie leżało w jej naturze. Wierzył natomiast, że lada moment pojawi się i choćby zapyta, jak spędził dwa ostatnie dni. Coraz boleśniej odczuwał osamotnienie.
Już w narzeczeństwie Anna przyzwyczaiła go do tego, że odwiedzają swoich rodziców w pojedynkę. Ślub niczego nie zmienił – owszem, spotykali się w czwórkę, ale tylko przy wyjątkowych okazjach, które wyznaczały święta.
Jego rodzicom trudno było ukryć rozczarowanie młodą synową. Nie lubiła dzieci – uśmiechała się do nich przelotnie, urzędowo, nigdy nie brała ich na kolana, nie szczebiotała w ich języku i nie przytulała, co zazwyczaj robią wszystkie kobiety w jej wieku.
Podobny dystans zachowywała w stosunku do teściów. Nie opowiadała o nowych zasłonach, wakacyjnych podróżach, nowych przepisach na wymyślne potrawy. Zdawkowo odpowiadała nawet na kurtuazyjne, pozbawione podtekstu, nic nie znaczące pytania. Najgorsze, że Newlanda traktowała niewiele lepiej. To drażniło jego rodziców. Od lat nieustająco wobec siebie uprzejmi i czuli mieli wypracowaną całą paletę gestów, którymi dawali do zrozumienia sobie i całemu światu, jak niezwykle są zakochani. Nadaremnie, w poszukiwaniu podobnych odruchów, przypatrywali się małżeństwu syna. Jedyne czego się dopatrzyli w zachowaniu Anny, nie miało wiele wspólnego z szalonym uczuciem – było jedynie milczącą zgodą na związek z mężczyzną nie zmuszającym jej do interesowania się życiem codziennym, drobiazgami. Owa zgoda bliska była wdzięczności, ale pod żadnym pozorem oddaniu.
Jeśli ktoś znał Newlanda tak dobrze jak oni, wiedział że potrzebuje bezkrytycznie zafascynowanej nim opiekunki, w najgorszym razie oddanej przyjaciółki poruszającej się swobodnie po jego poukładanym pedantycznie świecie. Nie zaś rozedrganej wewnętrznie marzycielki, u której w dodatku nikt oprócz niego nie dostrzegał oznak zewnętrznej urody.
Jego zdawała się ona porażać, ale w odróżnieniu od innych miał szansę ocierania się o jej duszę. Nie czuł potrzeby tłumaczenia tego światu, żył w przekonaniu, że wówczas zagadkowa tajemniczość jego żony dozna uszczerbku i Anna przestanie być obiektem wyłącznie jego zachwytu.
To również opowiedział mi sam – znacznie później.


***

Odkąd pamiętam wszystko wskazywało na to, że będę pisać. Najpierw patykiem na piasku, wyrównując dokładnie ziarenka, żeby stanowiły gładką taflę. Chuchałam też na szybę i wypisując palcem coś, co zaledwie przypominało litery, żałowałam, że początek mojego dzieła znika, nim dobrnę do końca. Ten zalążek obawy, że nie jesteśmy w stanie postawić ostatecznej kropki, że zawsze jest jakieś KIEDYŚ, które nas właśnie może nie objąć swym ramieniem, od tamtej pory niezmiennie mi towarzyszył. Szybko nauczyłam się czytać, lecz tylko pisanie sprawiało mi przyjemność – malowanie na czystej kartce znaków, które mają niezwykłą moc przenoszenia oceanów do dziecięcego pokoiku, układania losów ulubionym misiom. Ominął mnie etap przejściowy pomiędzy zwyczajną bazgraniną, a świadomą potrzebą pisania. Dla mnie był czasem odkrywania i przeżywania, jednak los uchronił moją rękę przed niepotrzebnym kreśleniem na papierze tego, co dla pozostałych oczywiste. Nie rozmawiałam nawet o tym, co choć istotnie robiło wrażenie, to wolałam , żeby zostało we mnie, a nie utonęło w bezsensownej paplaninie.
Z dnia na dzień misterna budowla rosła, by rozsadzić kiedyś powłokę spreparowaną dla otoczenia i zadziwić je rozmachem, rozmiarem ale i gatunkiem. Chęć odsłonięcia gotowego drapacza chmur, z najwyższym, przeze mnie dobudowanym piętrem, była we mnie silniejsza od ujawniania otoczeniu uczuć, najdrobniejszych nawet emocji. Zerwanie parawanu, za którym w tajemnicy powstawało dzieło, a nie babranie się na oczach gapiów w tłustej zaprawie i nerwowe dopasowywanie cegieł.
Inni zbierali widokówki, znaczki, monety, lalki – ja zaś zaludniałam pokoje swojego wysokościowca ich gestami, na pozór typowymi reakcjami, kolorem oczu, czy włosów, losem na przemian bolesnym i szczęśliwym. Niezależnie od tego, czy wzbudzali we mnie macierzyńskie, czy mordercze instynkty, moja twarz była jednakowa – nieprzenikniona w swej nienaganności. Zakneblowana niewidzialnym korkiem, który lekko poruszony mógł wystrzelić siejąc zamęt, zgorszenie, a w najlepszym wypadku przedwczesny podziw. Hermetycznie zamknięta butelka wzrastająca od środka w projekt znacznie przekraczający jej objętość. Szklana, krucha, ale nie przezroczysta.
Inna od pamiątek na straganach, gdzie nieuświadomiony przechodzień zastanawia się nad sposobem pomieszczenia w buteleczce wielkiego żaglowca.
Albo inaczej. Tak trudno to opisać.
Byłam mała. Mogłam mieć najwyżej 7 lat. Zawsze ilekroć wyjmowałam z woreczka krążek białego sera- rozsypywał się na drobne zanim przeniosłam go do ust, spadał na podłogę podłogi, plamił obrus.
Któregoś dnia wyszłam na zewnątrz, żeby zjeść śniadanie w ogrodzie. Pamiętam każdy szczegół.
Nie odczuwając najmniejszego skrępowania rozrzucałam nieumyślnie większe i mniejsze kawałki po trawie. W tym drobnym geście odkrywałam prawdziwe wyzwolenie. Z ulgą jednak powitałam dwa dzikie koty, które spomiędzy źdźbeł wyjadały drobiny sera. Gdyby się nie pojawiły byłabym zwyczajnym marnotrawcą. Zwykle wiejskie koty uczyniły ze mnie dobroczyńcę. Coś, co dawało mi wolność, innym-nasycenie. To droga, moja droga- pomyślałam.
Patrząc na miarowo poruszające się pyszczki zrozumiałam, że właśnie dotykam absolutu.
Absolut jest ulotny.
Zauważyłam zbliżającego się od strony zabudowań psa. Obcy pies nie daje poczucia bezpieczeństwa. Dziecku.
Co i gdzie musiałabym rozrzucić dzisiaj żeby ktoś, kto przypadkiem nadejdzie, zaspokoił swój głód. I żebym ja pozbywając się tego czegoś nie miała poczucia winy.
Choć w odczuciu E.A.Robinsona jedna była ulicznicą a druga żebraczką, zbliżałam się do odpowiedzi – miłość i sztuka. Obie spełniały wszystkie warunki. W sumie- dwa warunki…

***

Dzień wyznaczały mi wyczyszczone, głównie wełniane marynarki, żakiety, spodnie z trwale zaprasowanym kantem i pstrokate sukienki, co do których istniało słuszne podejrzenie, że wyprane w wodzie z proszkiem skurczą się albo stracą kolor.
Nigdy nie zdarzyła się najmniejsza choćby kradzież, a jednak wychodząc na obiad starannie ryglowałem drzwi i zamykałem okna. Może podświadomie obawiałem się, że ktoś mógłby przeglądać moje zapiski i bazgroły, zwykłe esy floresy na marginesie rachunków, a może – nie skażony pośpiechem ani poczuciem zagrożenia – automatycznie wykonywałem pewne rytualne czynności.
Byłem panem swojego czasu. Planowałem godzinę po godzinie, starannie, wręcz perfekcyjnie wypełniałem swój plan lojalnie informując klientów
o zagrożeniach czyhających na ich ukochaną garderobę, tę której mimo usilnych starań nic nie przywróci świetności.
Można powiedzieć, że prałem brudy tego miasteczka, choć wolałbym określenie, że otaczałem się czystością. Kochałem biel tak białą, że aż niebieską, jaskrawe nie zmącone szarością desenie, intensywne kolory
i wyczuwalne pod palcami wyraziste faktury materiałów. Każda rzecz, którą odkładałem na półkę była nieskazitelna, gotowa by bez wstydu wypuścić ją między ludzi. Żadnych pozostałości po plamach, żadnych przebarwień, najmniejszego zamachu na rozmiar czy gatunek. Podobnie jak ja . Na własne życzenie czysty, bez widocznych gołym okiem niedoskonałości. I zawsze taki sam.
Miałem jedną niewielką tajemnicę i nie czułem potrzeby, żeby komukolwiek się z niej zwierzać. Wstydliwą nie bardziej od gryzmołów w notesie. Nie zaniedbywałem rzecz jasna swoich obowiązków, ale zajęcie, które przenosiło mnie w inny wymiar, pasjonowało i intrygowało z czasem coraz silniej. Wkradałem się w inne epoki, wyobrażałem sobie rozmaite zdarzenia, twarze i wreszcie stroje.
Otóż otwierałem encyklopedię na dowolnej stronie i wyszukiwałem nazwisk, które nic mi nie mówiły. Byli wśród moich wybrańców artyści, odkrywcy, zdobywcy. Skoro znaleźli się obok takich haseł jak kilometr czy Ameryka, musieli dokonać czegoś ważnego.
Niezależnie od tego jak wiele zawdzięczała im ludzkość, sprowadzałem ich życie do roli historyjki, na którą ja sam miałem największy wpływ. Oni zatrzaśnięci w przeszłości przez sztywną okładkę encyklopedii, ja – ich odkrywca i odnowiciel, ich recepcja i nieprzewidywalna przyszłość. Niegroźna zabawa, popołudniowa rozrywka, zajęcie ciekawsze od odpruwania guzików, które w ostatniej chwili udało mi się wytropić.
Gdy odnalazłem kolejne intrygujące nazwisko, poprzednie przestawało mieć dla mnie znaczenie i rozpływało się jak wszystkie te plastikowe dodatki, których w porę nie dostrzegłem. Jednak gdy ponownie trafiałem na znajomego z encyklopedii, nie myślałem już o nim, że to ten geniusz od Nobla. Widziałem natychmiast rudego kurdupla przechadzającego się po parku ze znacznie młodszą , piękną i zapatrzoną w niego żoną.
I awanturującego się o krzywo ukrojoną kromkę chleba.
Widziałem jego spojrzenie utkwione w biuście gosposi pochylającej się nad zlewem.
Widziałem, czego musi dokonać, żeby wreszcie zasnąć.
Urodzony w którymś tam, wynalazł coś tam, zmarł gdzieś tam. Nuda.
W zaciszu pralni rozdawałem tym szaleńcom pozbawione pruderii kochanki, wyjątkowe dzieci, funkcjonalnie urządzałem ich mieszkania a niektórym nawet rozpalałem w kominku.
Lubiłem ich.

***

Pozostały po nim tylko rodzinne opowieści. Że był o pół głowy niższy od babci. Te kilka centymetrów różnicy stanowiło dla niej znaczącą, bo widoczną gołym okiem przewagę. Babcia stawała przy dziadku wyprostowana jak struna. Mierzyła się z nim zawsze wtedy, gdy miała na sobie buty
z wysokim obcasem. Za wszelką cenę starała się mu udowodnić jak nikczemnego jest wzrostu. Nigdy nie wpadał w złość, zbywał ja machnięciem ręki albo obejmował wpół i odrywał od ziemi pozbawiając tym samym argumentów.
Najsmutniejsze dla niego było jednak to, że nigdy nie dorósł do jej oczekiwań.
Panie z towarzystwa, damy z najbliższego babci otoczenia żyły bowiem pod parasolem rozpostartym nad ich wypielęgnowanymi głowami przez mężów. Panów postawnych i dobrze ustawionych, wysoko urodzonych i przy tym wysokich, pielęgnujących podkręcane wąsy, pachnących najlepszym tytoniem, ubranych w cicho tykające kamizelki, z których dyskretnie wystawał srebrny łańcuszek łączący je z zegarkiem. Pod parasolem jednak, choć było bezpiecznie, panował chłód i wilgoć. Tego babcia zdawała się nie zauważać w myśl zasady, że inni zawsze maja lepiej.
Damy poruszały się w zaklętym kręgu pomiędzy alkową a salonem, nie miały zatem swojego pokoju, a jedynie korytarz, przedpokój, szlak znaczony męskimi oczekiwaniami ich męskich mężczyzn.
O takim życiu marzyła moja babka. Rodzina jak na ironię wybrała dla niej niewysokiego, filigranowego, dobrze lecz nie najlepiej urodzonego marzyciela. Radosny, nadzwyczaj zręczny, obdarzony ciepłym poczuciem humoru działał babce na nerwy. Wszystko go interesowało – czytał przyrodnicze książki, przycinał kwiaty w ogrodzie, z przewrotnym uśmiechem deklamował wiersze, które mimochodem zapadały mu w pamięć.
Miała dość jego postępowych teorii, rozbieganego spojrzenia, radosnych
i przelotnych, lecz jakby mało męskich uścisków. Wolałaby żyć w ciasnym gorsecie pożądania, który z czasem rozluźnił by się w uprzejmą obojętność, niż z niebieskookim szaławiłą pełnym dobrych chęci i zawsze gotowym by sprawić jej drobną, ale nie zaplanowaną jednak przyjemność.
Żyła obok niego pełna pretensji do losu bacznie obserwując rozwój mojej matki i skutecznie pilnując by jak najmniej cech dziadka przedostało się do jej charakteru.
Matka rosła więc na obraz i podobieństwo swego stróża, którego nawet przy najlepszych chęciach trudno by porównać do anioła.
Babcia zaś gorzkniała z roku na rok, przybywało jej siwych włosów, których się wstydziła, zmarszczek, które próbowała ukryć praktycznie nigdy się nie uśmiechając i biżuterii – rekompensaty za nieudane życie.
Dziadek nigdy nie przestał być dużym chłopcem, a może małym mężczyzną.
Majątek przez który przewalały się wojny, rynkowe recesje i giełdowe krachy topniał w oczach i kiedy bieda podchodząca pod próg domu ostatecznie miała w niego zajrzeć – babcia wycofała się na palcach
i umarła.
Dziadek zastygł w bezruchu, jakby zupełnie nie liczył się z taką możliwością. Spełnił ostatnie, spisane przez babcię na eleganckiej papeterii życzenie, by pochować ją ubraną w strojną suknię z jedwabiu, tafty i koronki oraz by założyć jej do trumny całą, gromadzoną latami, niezwykle cenną biżuterię. Nie zareagował, gdy następnego dnia ujrzał rozkopany przez cmentarne hieny grób, a w nim białą jak papier babcię doszczętnie ogołoconą z kosztowności.
Zamknął się w ich wspólnej sypialni, nie schodził na posiłki, nie odpowiadał na prośby i nawoływania. Wyszedł ze swojej kryjówki po tygodniu, jak nigdy dotąd spokojny i dostojny, ubrany w najlepszy garnitur i czarny, wełniany płaszcz wykończony lśniącym karakułowym kołnierzem, wyglansowane buty i skórzane rękawiczki. Stanął na moście
i po chwili skoczył do kłębiącej się pod nim mętnej rzeki. Nie walczył
z jej rwącym nurtem.
Miejscowi do dziś opowiadają, że widywano później babcię i dziadka jak wpatrzeni w siebie spacerowali , a on – sporo od niej wyższy – trzymał nad jej głową, niezależnie od pogody, ogromny parasol.

***

Kochany.
Pisać zapewne będę przez parę tygodni i postaram się, żeby żaden szczegół nie umknął mojej uwadze, bo każdy- nawet z pozoru banalny-dla mnie ma ogromne znaczenie. Pewnie zastanawiasz się skąd ten pomysł na pisanie skoro widujemy się codziennie i dlaczego nie usiądę i nie opowiem ci wszystkiego, co mam zamiar napisać. Wiem, że będzie to dla Ciebie ogromny cios i zaskoczenie, ale nie byłabym w stanie-zwłaszcza Tobie-spojrzeć prosto w oczy, bo nie ma w mojej spowiedzi miejsca na podniesione czoło, jedynie na żal, wstyd i może Twoje zrozumienie? Jego pragnę jak niczego na świecie, więc nawet jeśli sobie wybaczę, będzie to tylko pół wybaczenia.
Jeśli po tym, co przeczytasz odejdziesz - zrozumiem. Nie mogę jednak łudzić się Twoją obecnością, jeśli dotyczyć by ona miała tego tylko, co teraz jest między nami. Jeśli nie poznałbyś całej prawdy o mojej przeszłości, z której nie mogę być dumna, a której nie da się wymazać.
Czy przemilczenie byłoby kłamstwem?
Czy jeśli nie mówi się całej prawdy, oszukuje się?
Wiem jedno-nie potrafię inaczej jak wyznaniem wszystkich grzechów, zasłużyć na Twoje uczucie. Twoją przyjaźń.
Postawię zatem wszystko na jedną kartę. Znienawidzisz mnie i odrzucisz, albo zrozumiesz i przebaczysz. A może tylko zrozumiesz? To już byłoby bardzo wiele... Ach, jakże trudno mi zacząć wiedząc, że mogę Cię na zawsze utracić.
Proszę tylko-bez względu na wszystko, co Cię w moim liście przerazi-przeczytaj go do końca.
Na imię mam Cecylia.

***

Piłka wpadła do kałuży, a dzieciaki biegną w jej stronę i zupełnie nie przeszkadza im, że jest ubłocona. One za chwilę też będą wielką bryłą błota. Brudu, który wżera się i wwierca w każdy czysty zakamarek.
Brudu, którego tak trudno jest się pozbyć.
Jaki ślepy instynkt każe im kopnąć piłkę, skoro wiedzą przecież , że rozbryzgująca się maź zaraz pokryje twarze, pozlepia włosy , wedrze się pod paznokcie?
Obserwując ich przez okno nie potrafiłem tego zrozumieć. Jeśli była
w takim dzikim pędzie jakaś przyjemność - trwała zaledwie parę sekund.
W porównaniu z tą chwilą pranie tenisówek, zasmarowanych doszczętnie ubrań i szorowanie całego ciała zajmowało wieczność.
A może oni nie czyścili się zbyt dokładnie? Może myli się tylko z wierzchu, przyczesywali włosy i kładli się do łóżek z brudnymi nogami zostawiając na prześcieradłach szare ślady?
Przypatrywałem się nazajutrz kolegom, by ustalić, który z nich jest wart, by odezwać się do niego na przerwie, a którego należałoby unikać.
Z czasem nauczyłem się odróżniać świeży brud, często przecież przypadkowy, od starego – nawet takiego, który nie zdążył jeszcze nabrać nieprzyjemnego zapachu. Jeśli w porę się zorientowałem, dyskretnie omijałem delikwenta, ale czasem było za późno na unik. Wtedy wciągałem nieskażone jeszcze powietrze w płuca i wstrzymywałem oddech, aż obiekt zniknął z pola widzenia.
Przyglądałem się także nauczycielom. Zdarzali się tacy, co gdy wykonali jakiś gwałtowniejszy ruch głową, szyja oddzielała się lekko od kołnierzyka i dało się na nim zauważyć wyraźne ciemne smugi. Na lekcjach prowadzonych przez takiego niechluja siadałem w ostatniej ławce i udawałem niezwykle zainteresowanego tym co mówi, by zmylić jego czujność i nie narażać się na niepotrzebny bliższy kontakt. Jeśli zostałem wyrwany do odpowiedzi, odpowiadałem niezwykle rzeczowo i tak szybko, żeby nie zdążył się do mnie zbliżyć.
Siedziałem więc przeważnie sam w ostatniej ławce, na przerwach z reguły nie podejmowałem ryzyka rozmowy, nie uczestniczyłem – co jest chyba zupełnie zrozumiałe – w prymitywnych zabawach na podwórku.
Gdy stąpając ostrożnie, żeby nie wzbudzić kurzu, wracałem do domu, krzyczeli za mną często:
„Egon ciota, Egon pedał”
Lekceważyłem ich nieudolne zaczepki. Byłem ponad to. Wiedziałem swoje.
Stosy ubrań porzucanych przeze mnie w łazience rosły – jak to mawiała matka – w zastraszającym tempie. Kiedy protestowała narzekając, że coś jest zupełnie czyste, wyjmowałem jej z ręki rzecz, której czystość w ślepym wzbudziłaby podejrzenia i obracając się z dowodem rzeczowym
w stronę światła mówiłem:
„A jakim cudem, skoro tu jest plama. A tu smuga.”
Kilka razy dziennie szorowałem się od stóp do głów w gorącej wodzie. Tarłem ciało ostrą gąbką tak mocno, aż skóra stawała się purpurowa. By nie prowokować niepotrzebnych pytań, odczekiwałem w łazience, aż zróżowieje.
Jak ognia unikałem publicznych toalet. Wolałbym umrzeć niż wejść do którejś z nich. Na szczęście w domu ubikacja była oddzielnym pomieszczeniem, a i tak odwiedzałem ją zatykając uprzednio dziurki
w nosie kawałkami waty, rozścielałem na desce kilometry papieru toaletowego i usiłowałem nie myśleć o tym, co robię.


***

Matka pochowała swoich rodziców tak starannie, że na wiele lat przestali dla niej istnieć. Sprzedała wszystko, co po nich zostało i nie zatrzymując nawet drobiazgu na pamiątkę wyjechała do oddalonego o setki kilometrów miasta. Zadysponowała jedynie, by regularnie co miesiąc na konto zarządcy cmentarza spływała kwota niezbędna do utrzymania grobowca w czystości. Na granitowej płycie miał co jakiś czas stawiać świeże kwiaty i zapalać znicze
Od dzieciństwa kiełkowało w niej poczucie obowiązku, które teraz, gdy musiała z dnia na dzień się usamodzielnić, oplotło jak uparty bluszcz wszelkie emocje. Gdyby straciła nad nimi kontrolę mogłyby osłabić jej rzetelność.
Pracowała w przedszkolu. Wstawała codziennie o szóstej rano, by punktualnie o siódmej przejmować od wiecznie śpieszących się rodziców ich wiecznie zaspane dzieci, które gwałtownie strząsnąwszy z siebie resztki snu wytwarzały hałas paraliżujący mózg, porównywalny jedynie
z uczuciem, gdy ktoś pociera o siebie dwa kawałki styropianu. No, może jeszcze do tego, kiedy piłką do drewna usiłuje się przeciąć metalowy pręt.
Legendy krążyły o jej miłości do podopiecznych, ale miłość jest przecież strzałą o dwóch zaostrzonych grotach, symbolem zawsze odwracalnej reakcji. Tymczasem gdy dzieci, którym poświęcała uwagę bezkrytycznie ją uwielbiały, w niej coraz wyraźniej kiełkowała obojętność.
Gdy wypełniła ją szczelnie i zadomowiła się do tego stopnia, że przestała chodzić na palcach, a demonstracyjnie łaziła po chłodnych labiryntach szurając rozczłapanymi kapciami, matka poznała ojca.
Ojca – pioniera. Ojca – zdobywcę.
Zwabił go urok stromego oblodzonego szlaku, na którym nigdy przedtem nie odważyła się stanąć żadna męska stopa. Zaopatrzył się więc przezornie
w buty z rakami, haki, grube liny i wyruszył na podbój lodowej góry, zarzucając na jej pochyłe zbocze lasso, po którym miał zamiar wspiąć się na sam szczyt.
Parę wypraw zakończyło się niepowodzeniem, nie rezygnował jednak, bo przeczuwał , że nikt poza nim nigdy nie podejmie podobnego wysiłku. Mocno już zdesperowany i zziębnięty, rozpalił pewnego razu na stoku ognisko
i śnieg ku jego zdumieniu gdzieniegdzie stopniał. Zachęcony powodzeniem resztę góry ogrzał w dłoniach zupełnie nie licząc się z ryzykiem odmrożeń.
Na koniec nałożył lodowcowi złotą obrączkę z wygrawerowanym na odwrocie imieniem zdobywcy. Każdy, kto oderwał wzrok od ziemi mógł od tej pory dostrzec powiewającą na szczycie flagę – małą jednak i krzywo w pośpiechu zatkniętą.
Spadłam na nich jak lawina zrodzona z nawisu śniegu i zbyt gwałtownego ruchu lędźwi, który cyniczni ludzie nazywają nieostrożnością. Przetoczyłam się z hukiem by osiąść u podnóża i obserwować codzienne wędrówki ojca - częściej stojącego na skraju przepaści niż odpoczywającego na słonecznej polanie. Rządziła nami bowiem przychylność matki. Albo raczej nieprzychylność. Przyzwyczajona, że zdobywa się ją ciężkim wysiłkiem, stawiała coraz wyższe wymagania.
B ą d ź s k r o m n ą d z i e w c z y n k ą .
Nosić bluzki przerabiane z koszul ojca, z doszywanymi przez nią żabotami i mankietami. Nie porównywać się do innych .
B ą d ź d o b r ą d z i e w c z y n k ą .
Nie żeby tygodniami pielęgnować poturbowanego wróbla.
Być dobrą, czyli najlepszą. Spełniać jej oczekiwania. Wypełniać polecenia. Słuchać.
B ą d ź r o z s ą d n ą d z i e w c z y n k ą .
Nie popadać w melancholię. Nie marzyć. Nie sterczeć z nosem przy szybie. Nie łudzić się, że coś samo przyjdzie, bo nigdy nie przychodzi. Nie fantazjować.
K o c h a j P a n a B o g a .
Stać grzecznie w każdą niedzielę przy jej boku w dusznym kościele. Uczesać się ładnie i modlić wyraźnie. Głośno śpiewać. Rzucać na tacę pół kieszonkowego. Bez żalu.
B ą d ź z d y s c y p l i n o w a n ą d z i e w c z y n k ą .
Nie płakać i nie narzekać. Karę za błędy przyjmować z pokorą. Bez pretensji.

Karą było jej wyniosłe milczenie.
Milczenie nie daje poczucia bezpieczeństwa. Dziecku.

***

Odkąd przeczytałem, że bakterie i wirusy roznosi głównie robactwo, zacząłem dostrzegać je wszędzie. Szczególnie niebezpieczne wydawały mi się to, którego nie potrafiłem nazwać. Odwracałem od niezidentyfikowanych robali wzrok i przysłuchiwałem się tylko, czy odpowiednio głośno chrupnęło pod butem. Starałem się nie oglądać zwłok owada, lecz podeszwę bardzo starannie wycierałem o trawę. Brzydziłem się rozgniatania, ale
z dwojga złego wolałem uśmiercić insekta, niż poczuć znienacka jego obrzydliwe macki i ohydny szorstki czy nie daj boże wilgotny odwłok na swoim wyczyszczonym ciele. Z czasem jednak obrzydzenie przerodziło się
w nienawiść pozbawioną skrupułów.
Szczypawki.
Z nimi radziłem sobie najlepiej, bo wiedziałem czego się po nich spodziewać – nie były specjalnie szybkie. Z łatwością zawijałem po parę sztuk w kawałek papieru toaletowego i spuszczając wodę w klozecie
z satysfakcją odsyłałem je w ostatnią podróż.
Osy.
Nietrudno wytępić osy.
Należy jedynie wytropić ich gniazdo i w sam środek, najpewniej przy pomocy garnuszka przymocowanego do długiego kija, wlać dużo benzyny. Podpalić.
Te, które ogień zaskoczył w gnieździe skwierczą i strzelają malowniczo niczym iglaste gałązki. Cała reszta na widok płonącego domu rzuca się
w sam środek rozżarzonego krateru na ratunek i ginie zgodnie z naszym życzeniem.
Naprawdę rzadko zdarza się, by niedobitki odbudowały imperium w tym samym miejscu. Podobnie rzecz ma się z mrówkami.
Szczególnego rodzaju wrogami były muchy i komary. Natrętne i męczące, zarazem trudne do schwytania. Zabijanie ich plastikową łapką wydawało mi się nie dość wyrafinowaną zemstą za ich uciążliwe bzyczenie i bąble pozostające po ukąszeniach.
Mucha.
Wyczekiwałem aż spokojnie usiądzie w dostępnym miejscu i spuszczałem na nią namiot uformowany z dłoni. Następnie lekko przyduszoną pozbawiałem skrzydeł, źródła denerwującego hałasu.
Komar.
Trudno pozbawić go, nie uśmiercając natychmiast, kłującego pyska. Procedura zatem była podobna jak w przypadku much.

Kiedyś za kradzież obcinano ludziom dłonie.
Wcześnie zrozumiałam, że nie trzeba być owadem, by znaleźć się w zasięgu tępicieli. Silniejszych, bo przekonanych o słuszności teorii, których byli ślepymi wyznawcami.
Wolałem zatem przeprowadzać swoje prywatne dezynsekcje, niż poczuć się przypadkiem bezbronny i zdesperowany, bo zagnany w kąt i rozgnieciony obcasem czyjegoś fanatyzmu. Lub podstępnie uśmiercony od rozsypanej
w bezpiecznym dotąd miejscu trutki.
Mieć się na baczności, nie tracić czujności, uprzedzać ataki i oczyszczać pole zanim postawi się na nim sterylną nogę. Czułem, że wiem co robić, by nie zostać nigdy ofiarą – nie rzucać się w oczy, nie epatować, nie prowokować.
Gdyby mucha nie brzęczała ostentacyjnie nad uchem, pewnie dalej latałaby pomiędzy świeżo upieczonym drożdżowym ciastem a puszczającymi sok winogronami.
A tak? Okaleczona dreptała po parapecie.
Wiedziałem, że to nie dla mnie. Nie przeżyłbym podobnego upokorzenia.
Im jednak dawałem krótką chwilę, szansę, możliwość dostrzeżenia, że śmierć wcale nie musi być najgorszym, najokrutniejszym rozwiązaniem.
Potem je dobijałem.

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in