Szwy za uszami

I stało się. Kicham bez opamiętania, niekiedy mam wrażenie, że z każdym takim bezwarunkowym odruchem pozbywam się części mózgu. Kiedy kaszlę- to z kolei jakbym po kawałku wypluwała z siebie duszę.

Jako pozbawiona przejściowo wyobraźni oraz serca mogę mieć jadowite pióro, bo ten stan zwany potocznie alergią, ze wszech miar mnie usprawiedliwia. Znam paru piszących, których podejrzewam o tę przypadłość. I to nie sezonową jak w moim przypadku…

Lato w TV to nieustanne powtórki i futbolowa wojna ratująca oglądalność. I jak to w życiu bywa- nie to złoto, co się świeci - Włosi wrócili do domu od razu, a tacy Urugwajczycy wręcz przeciwnie, choć mało kto potrafi skojarzyć ich z miejscem na mapie. Suma summarum pewnie wszystkich rozgromią Niemcy, bo dawno już żadnej wojny nie wygrali.

Pomimo fali upałów gęby w kolorowych pismach nieskazitelne, zupełnie nie spocone, nieodmiennie rozciągnięte w uśmiechu, nienaganne w gładkości bez względu na wiek. Choć nie wiem co gorsze- te jakby z matrycy produkowane facjaty nie draśnięte zębem czasu, czy to, co się z nich wydobywa. Odnoszę przykre wrażenie, że gdyby jakiś redakcyjny chochlik pozamieniał nazwiska przy bezdennie głupich wynurzeniach, ani świat by się nie skończył, ani nawet czytelnik wstrząsu by nie doznał.

Dzięki upałom naród zapomniał o powodzi, głównie ta część narodu, której wielka woda kojarzy się najbardziej z zakupami za oceanem lub pięciolitrową butlą mineralnej. Macocha natura leczy słońcem traumy, osuszając zalane domy, które i tak się zawalą. Tragedie pozostają anonimowe, pozbawione twarzy- może poza tą jedną, należącą do wielbiciela starożytnej Grecji, jak na złość opaloną, notorycznie pokazywaną we wszystkich serwisach info na tle rozmiękłych lub przerwanych wałów. Niczym odlany z brązu premier wydobywał ze skarbnicy swej erudycji słowa pocieszenia i solidarności. Potok słów. Prezentów w gotówce czy naturze nie wyjął ani razu ze swojej nienagannie skrojonej, czekoladowej kurteczki. Ani nawet królika z cylindra.

Wkrótce, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z wałów przeniósł się na barykady wojny polsko- polskiej.

Pech chciał, że obie strony barykady były prawe. Nie, nie że jakieś tam mądre i uczciwe. Po prostu prawe. Przy okazji doznałam olśnienia językoznawczego, bo to tej pory nie sądziłam, że prawe może być mniejsze lub większe. Na tym nie skończyła się parada paradoksów. Pod sztandarem „większego prawego” pierś wypiął rycerz mały, a pod „mniejszym prawym” wyprężył się duży. Na dokładkę mały miał wielkie ambicje, a duży mniejsze. Przewertowałam w pamięci niewielkich przywódców i ten przegląd nie wypadł korzystnie. Następnie odgrzebałam z historii wszystkich mężów stanu z wąsami i też nie wyglądało to najlepiej. Szalę przeważyły druciane okulary. Dzięki bogu mam wadę wzroku, w przeciwnym razie wybór pomiędzy tymi rycerzami byłby prawie niemożliwy. Duży wraz z czarną białogłową trafią do pałacu, bo naród- jak ja- najwidoczniej niedowidzący.

Trafiłam na wernisaż w nowo otwartej galerii na krakowskim Kazimierzu. Napływali goście i tak mniej mieszczańscy od właścicieli pobierających opłatę za szklankę wody. Nie zraził ich nawet fakt, że zewsząd patrzyły twarze Buddy wymalowane przez zaproszoną artystkę. Za winklem odkryłam prace właścicielki. Każda z nich okazała się być prostokątem mozaiki z terakoty wycenionym trzy razy drożej niż metr kwadratowy mieszkania w najmodniejszej dzielnicy Paryża. Wtedy postanowiłam ratować się ucieczką.

Dla ośmieszenia PRL-u ktoś w filmie wymyślił zakład wulkanizacyjny przy drodze, na której uprzednio rozrzucono gwoździe. Świat idzie naprzód- pomyślałam wracając z feralnego wernisażu- teraz na potrzeby filmu należałoby użyć nieco innej metafory. Za zbyt ostrego zakrętu powinien ukazać się wypadającym z trasy autom (z napędem 4x4) dworek polski wybrukowany dookoła kostką granitową (z betonu). A ostatnim obrazkiem, jaki zarejestruje ich oko- świetlna reklama np.: ”GROBOWCE Z WŁOSKIEGO TRAWERTYNU DLA WYBRANYCH”.

Udałam się w ramach poszukiwań absolutu do Empiku. Tam, na wyeksponowanych regałach Top 10 spotkałam płyty, których lepiej nie słuchać, książki, których nie należy czytać i filmy, których nie wolno oglądać. Dla przykładu- numerem jeden spośród wszystkich lektur świata okazała się być biblia dla otyłych czyli 350 przepisów z białkiem w roli głównej. Na dwóch kolejnych medalowych miejscach znalazły się polskie harlekiny.

Jak błyskawica przemknęła mi myśl, że swojej książki nie publikuję z czystego tchórzostwa, więc wypowiadać się o innych nie wypada. Chwilę potem przypomniałam sobie cudzą refleksję, że każdy z nas jedną byłby w stanie napisać. Ale po co ten wstyd? Zanim doszłam do domu ochłonęłam i zasnęłam z przekonaniem, że czasem warto pozostać tą otwartą. W dodatku księgą, czyli czymś zdecydowanie od książki cenniejszym.

Yourcenar, która swoje pisała latami ważąc każde słowo i przecinek, jeszcze więcej czasu poświęcała na poprawki polegające na skreślaniu, co nazywała skromnie kondensacją. Jak to się ma do bezkrytycznej prozy w Top 10, w której jeśliby wykreślić nieważne, nie zostałoby nawet nazwisko autora?

Następnego dnia udałam się z dwoma małymi dziewczynkami i mikroskopijnym pieskiem na spacer do parku. Zanim rozjechali nas muskularni rowerzyści w kaskach odbyłyśmy na ławce ważną rozmowę o Wróżce Zębuszce. Jest to postać legendarna niczym Św. Mikołaj, tyle że bardziej od niego interesowna. Otóż jeśli dziecku za dnia wypadł ząbek i włoży go pod poduszkę, to Zębuszka w nocy go zabiera, a w zamian zostawia prezent. Raz książkę ( jeśli wcześniej się przygotowała), innym razem na przykład 5 Euro( jeśli dziecko wybiera się na wakacje w tej strefie walutowej).

Dziewczynki pochłonęła dyskusja nie o prezentach (jak można by się spodziewać) , a tajemniczych losach ząbków.

- Wiem! Ona je zabiera na protezy i sztuczne szczęki!- zakrzyknęła G. a K. odetchnęła z ulgą, gdyż jest niezwykle praktyczna i odpowiedzialna.

Dzieci lubią dobre uczynki i w ramach swoich mizernych możliwości, robią wszystko, co podpowiada im sumienie na tyle niedojrzałe, że jeszcze czyste.

Toteż K. przed zaśnięciem próbowała rozchwiać nawet te mocno póki co osadzone mleczaki. I robiła to dla biednych staruszków- jak mi wyjawiła w wielkiej tajemnicy.

Czemu tylko w dzieciach ( i domowych zwierzętach) dostrzegam autentyzm i uczciwość graniczącą z naiwnością?

Jako przyczynę takiej podejrzliwości wobec świata dorosłych najpierw wykluczyłam katar, następnie leki antyhistaminowe, które miały go wyeliminować. Zawiesiłam się na chwilę na swoim poprzednim wcieleniu i obmyślaniu, kim ewentualnie mogłam być. Wtedy jednak przypomniałam sobie, że odkąd pewna specjalistka poinformowała mnie, że wg niej byłam zakutym łbem (czytaj: średniowiecznym wojownikiem) zrezygnowałam z tego tropu. Wierzę od tej pory wyłącznie w reinkarnację w obrębie konkretnego związku, który po burzy przekształca się w idyllę. Tylko taka wiara gwarantuje monogamię, bo nasz nowy związek okazałby sie z pewnością podobny do starego, skoro lubimy najbardziej to, co już znamy.

Byłam w pierwszej klasie, kiedy spodobał mi się siedzący w ławce przede mną chłopiec o nazwisku Pluta. Przerywał nauczycielom, ciągnął dziewczynki za mysie ogonki, pluł najdalej z nas wszystkich i miał piękne niebieskie oczy. Zwierzyłam się ze swojego ogromnego zauroczenia mojemu mądremu dziadkowi.

On słuchał uważnie, po czym pokiwał ze zrozumieniem głową i oświadczył:

- Daj sobie spokój, według mnie on ma sporo za uszami.

Obserwowałam Plutę, który pewnie dziś jest politykiem, pisarzem, malarzem lub piłkarzem i niczego za jego lekko odstającymi uszami nie wytropiłam.

Chyba zbyt intensywnie mu się przyglądałam, bo w końcu pokazał mi język.

Znacznie później, całkiem niedawno, odkryłam, że świat swoją gładką gębę zwaną obliczem zawdzięcza liftingowi, a za jego uszami kryją się obrzydliwe szwy po grubych niciach.

Boję się tylko, że jeśli za bardzo będę się na niego gapić, a dodatkowo jeszcze komentować, to pokaże mi wprost proporcjonalnie do przewinienia nie język, a d….


Bluszcz, sierpień 2010
http://www.bluszcz.com.pl/

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in