Droga ze szkoły

Wróciłam z wakacji od myślenia, szczęśliwie nie dostałam rozmiękczenia mózgu, o co podejrzewałam go już trzeciego dnia, gdy słupek rtęci w cieniu przekroczył 40 stopni Celsjusza.

Pomijając temperaturę otoczenia atmosferę podgrzewał fakt, że pod jednym włoskim dachem znalazły się trzy pokolenia kobiet plus piesek (też suka). Wspólna kuchnia, a w niej potykające się o siebie weganki, wegetarianki oraz zwolenniczki „normalnego” żywienia. Na krótkie chwile jednoczyła nas przy stole rukola, melony i suszone pomidory, choć najbardziej, z tego co pamiętam, wino. Nikt nie wrócił wcześniej, nawet pies zjawił się po 3 godzinach nieobecności i od tej pory stał się najpilniej strzeżonym ruchomym obiektem nad Adriatykiem. Przez moment wydawało nam się, że to z chęci zemsty odmówił spożywania zawartości polskich saszetek z psim żarciem, szybko jednak okazało się, że nasi sycylijscy sąsiedzi dokarmiali go ukradkiem parmezanem i szynką parmeńską.

Przyznaję, przeszło mi wówczas przez steraną upałem głowę, że napiszę o wpływie kultury śródziemnomorskiej na rozwój prostego człowieka (mój własny). Jeszcze w weneckiej gondoli kołatała mi się taka myśl. Lecz chwilę później, kiedy wydostałam się z niej na ląd i stanęłam na nim mocno obiema stopami, pomyślałam, że to byłaby profanacja. Przypomniałam sobie bowiem przepiękny esej Brodskiego „ Znak wodny”, opowieść poety, który spędził w tym niezwykłym mieście na lagunie siedemnaście zim. Nie odwiedzał jej latem, kiedy na ulicach więcej podróbek toreb od Vuittona i okularów od Chanel niż ludzi, a ludzi tyle, że trudno znaleźć miejsce dla stopy nr 38. Na cmentarnej wyspie San Michele spoczął, obok Ezry Pounda. Więcej niestety mówi się w tym kontekście o zwłokach jego rodaka Strawińskiego, jednak ja dzięki opatrzności losu oczami wyobraźni zobaczyłam najpierw grób Brodskiego, a chwilę później swój- bo gdybym podniosła pióro w sprawie Wenecji, wstyd by mnie z pewnością zabił.

Jest taka anegdota o mistrzu. Na pytanie sądu skąd wie, że jest poetą, skoro nie należy do stowarzyszenia pisarzy Związku Sowieckiego, odpowiedział:
„ Myślałem, że to od Boga”.

Inny mój mistrz, wygnany przez komunizm z rodzimego grajdołka, dokonał żywota w słonecznej Italii. Póki żył rozdawał wszystkie swoje materialne dobra, które inni tak wysoko sobie cenią. Zaordynował usunięcie z mieszkania przedwojennych mebli i przedmiotów, poprosił tylko o 10 koców, śpiwór oraz adapter. Był teatralnym reżyserem i jak każdemu twórcy powinno mu zależeć na publiczności. Najchętniej tłumnie zgromadzonej. On jednak sądził, że zbyt wielu widzów to zagrożenie dla autonomii autora, furtka dla kompromisu, któremu łatwo ulec jeśli zalęgnie się w pobliżu robak komercji. Ograniczał stale ilość odbiorców, absolutem miał być jeden widz. I stał się nim on sam, Jerzy Grotowski. Mógł powtarzać samego siebie, ale tego również nie chciał.

Moi mistrzowie wciąż żyją, mam nadzieję, że nigdy ich uczennicą być nie przestanę.

Gombrowicz w ostatnim okresie życia pomieszkiwał we włoskim Chiavari. On najwnikliwiej zdefiniował relacje między uczniem a nauczycielem. Warto pamiętać, że trzydziestoletniego Józia z „Ferdydurke” profesor Pimko uprowadza i osadza w szkolnej ławie wraz z szesnastolatkami głównie dlatego, że wydany przez Józia „Pamiętnik z okresu dojrzewania” jest infantylny. Apodyktyczny profesor udowadnia uczniowi braki w wykształceniu, a Józio jak ognia boi się krytyki i złej oceny. Cóż z tego, skoro sam profesor posługuje się stereotypami przytaczając aforyzmy i przysłowia… Ciało pedagogiczne kompromituje także profesor Bladaczka nazywając uczniów nieukami i z uporem maniaka podkreślając wielkość Słowackiego (rok we Florencji- m.in. „Ojciec zadżumionych”), której nijak nie umiał udowodnić.

Przepaść dzieli nauczyciela od mistrza. Szkoła to nie Akademia Platońska, jej pramatka, gdzie prowadzono dysputy filozoficzne. Szkoła jest powszechna i dostępna od XX wieku dla każdego.

Szkoła to pani od biologii, która do dziś zjawia się w moich sennych koszmarach i każe recytować rozdział o stawonogach. To pani od geografii, która wydaje polecenie, by wskazać Monako plecami do mapy. Pan od fizyki, który trafił koledze kredą w oko. Pani dyrektor, która wydaje rozporządzenie, by nie rozmawiać na przerwach i pilnuje, by uczniowie spacerowali po boisku szkolnym dwójkami zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
Ale nie odważyłabym się powiedzieć nauczycielom „fuck off”, być może dlatego, że moja przygoda z edukacją trwała dłużej niźli przygoda autorki tego wyznania.

Być może jednak dlatego, że pewnego dnia moją mamę na poważną rozmowę dotyczącą problemów wychowawczych wezwała Siostra Rafaela. Jakież było jej szczęście, kiedy dowiedziała się, że grzywkę mam za długą i na oczy mi opada, co wzrok psuje bezpowrotnie, a do juniorków nawet zimą nie zakładam skarpet, co może zmianami reumatycznymi na starość zaowocować.

Być może jestem taka powściągliwa w obrzucaniu pedagogów inwektywami, bo z polskiego w ogólniaku mieliśmy kolokwia? Losowało się zestaw pytań z całego semestru. Przede mną odpowiadała koleżanka o umyśle analitycznym i na pytania z Zapolskiej oświadczyła krótko, „że Dulska była brudna i miała dziurę w kanapie”.
To Siostry Rozalii broń boże nie rozbawiło, a już na pewno nie tak jak mnie. Choć -bóg mi świadkiem- starałam się nie śmiać, wywaliła mnie z klasy z pałą i bez błogosławieństwa. Po paru godzinach odnalazła mnie w internacie, przeprosiła za incydent, bo „sprawdzian przecież nie był z dobrych manier”, a następnie totalnie przepytała. Pałę anulowała.

Znowu przypomniała mi się anegdota. Yoko Ono była już żoną wszechmogącego Lennona i postanowiła udać się do studia nagraniowego celem zarejestrowania pieśni o szczurze. Uwiecznione zostały wszystkie sekwencje poza tymi, w których miał uczestniczyć sam szczur. Następnego dnia przyniosła zawinięte w serwetkę martwe zwierzątko i zażądała, by wzięło czynny udział w sesji i wypełniło sobą luki pozostawione w utworze. Zdezorientowany realizator podsunął w okolice szczura mikrofon i zarejestrował ciszę. Jednak Yoko Ono nie była zadowolona z efektu. Wtedy realizator zmienił mikrofon na lepszy, zapisał na taśmie efekt eksperymentu, po czym przyjął gratulacje i owacje od zachwyconej występem szczura artystki.

Nie od parady mówi się, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Spod ich sterty wystaje nie tylko ten nieszczęsny realizator. Także fałszywi guru, co swoją potęgę zbudowali na nadinterpretacji. Leon XIII za sektę uznał masonów, a Dominikanie- firmę Amway. Ja też mam swoje typy…

Ale cóż tu deliberować o ideologicznych nadużyciach, skoro sam Bóg w oczach świata to niejednoznaczny byt, a jego istnienie nie dla wszystkich pewne? Chrześcijanie mają Świętą Trójcę, wyznawcy judaizmu- JHWH, tyle że skrótu tego wymawiać im nie wolno. Islamski Allah nie posiada emanacji, a hinduistyczny bóg to podtrzymujący świat absolut pozbawiony formy. Ateiści zaprzeczają istnieniu boga, a agnostycy upierają się przy teorii, że teza niemożliwa ani do obalenia, ani do potwierdzenia, nie przedstawia żadnej wartości. Buddyjski nieteizm Mahabrahmę uznającego się za boga traktuje jak ofiarę własnej pychy, ułudy oraz ignorancji, gdyż pewne jest, że ponad nim istnieją byty i światy doskonalsze.

Glob jak widać roi się od nauczycieli, różnej maści guru oraz bogów. Źle będzie, gdy na jednego z nich przypadnie jeden wyznawca. W dodatku pozbawiony wątpliwości. Takie przemyślenia naszły mnie w drodze z Włoch.

Mistrz to co innego! Jego dzieła można dotknąć-czy to wiersz, esej, spektakl, chleb lub para butów.
Ściągnęłam swoje rozczłapane z seryjnej produkcji i postanowiłam uświadomić dziecku ile fantastycznych miejsc na świecie już zobaczyło mimo swojego niezbyt zaawansowanego dziecięctwa.

Przez głowę przemknęła mi myśl, że kupię globus i będziemy pinezkami zaznaczać zwiedzone kraje. Wtedy przypomniałam sobie o obrzędzie afro amerykańskich szamanów, którzy używają laleczek voodoo, aby rzucić na kogoś klątwę. Zaniechałam pomysłu, zatem grypa na Słowacji, powódź w Czechach, tornado w Italii, kryzys w Grecji, huragan w Austrii, monsuny w Tunezji to naprawdę nie moja wina!

Więc może to i lepiej, że miałam pod górkę akurat w drodze ze szkoły…


Bluszcz, wrzesień 2010
http://www.bluszcz.com.pl/

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in