Ewolucja październikowa

Jest taki film z Michaelem Douglasem, na który często powołuje się moja przyjaciółka, kiedy puszczają jej nerwy i postanawia energicznie zainterweniować. Przewraca wtedy swój mikro świat do góry nogami i robi to na skalę makro. To takie dyplomatyczne określenie na atak szału.

Wracając do „ Upadku”, bo nie każdy musiał widzieć (choć pewnie każdy swój prywatny zaliczył), rzecz ma się następująco. Inżyniera Fostera szef zwalnia z pracy a żona informuje, że odchodzi ograniczając mu równocześnie prawa do opieki nad małoletnią. Foster staje w gigantycznym korku spiesząc się właśnie na jej urodziny. Stara się zachować spokój ale panuje potworny upał, a klimatyzacja przestaje działać, nie dość tego nie może nawet uchylić szyby. Szalę wściekłości przechyla namolna mucha. Porzuca więc samochód i szuka budki telefonicznej (film z 1993 ) żeby uprzedzić o spóźnieniu, ale okazuje się że nie ma drobnych. Chce rozmienić pieniądze lecz w sklepie trafia na imigranta z Korei, który nie dość, że mało rozumie, to jest mało życzliwy. Wtedy Foster demoluje sklep i niczym tykająca bomba zegarowa z kijem baseballowym rusza w miasto.

Od razu wyjaśnię , że nie mam natury rewolucjonisty a chlubnym wyjątkiem, o który walczyłam z uporem godnym lepszej sprawy, było powiększenie czytelni uniwersyteckiej. Akcja dramatu toczyła się w latach 90- tych i groziła utratą indeksu, bo każda rewolucja wymaga ofiar. Ale Foster też nie był bojownikiem o wolność i demokrację, a zwykłym, porządnym i praworządnym obywatelem…

Mieszkam w tak zwanej „dobrej” dzielnicy, w przedwojennej kamienicy o murach tak grubych, że upał kojarzyć mi się zaczyna ze swetrem i skarpetami. Żeby podnieść nieco temperaturę gdy na zewnątrz żar leje się z nieba, otwieram na oścież ogromne okna. Ulica jest ślepa, cicha byłaby gdyby nie krótkowzroczność TYCH zza ściany. Choć to nie wada wzroku jest ich największą ułomnością.

Otóż wpadają oni w trans alkoholowo- muzyczny. Zmysły otępiałe czystą wyborową domagają się najprawdopodobniej decybeli jak kania dżdżu. Swoistego rodzaju karaoke polega głównie na gremialnym zagłuszaniu podkładu muzycznego ruskiej „Kalinki”, po której nieodmiennie wywrzaskują chórem pieśń o słowach: ”a my nie chcemy uciekać stąd, krzyczymy w szale wściekłości i pokory”. Wszystko się zgadza, nie uciekają pomimo braku sympatii ze strony otoczenia i licznych interwencji służb mundurowych. Krzyczą jak krzyczeli, zawsze po wypłacie.

Pomyślałam, że rozmieszczę w krzakach dużą ilość głośników, po czym starannie je zamaskuję. Kiedy tylko ekipa przyśnie po libacji, puszczę na cały regulator- z pilota- Lutosławskiego. Trochę kultury wysokiej nikomu nie zaszkodzi…

Nie jadam zwierząt ale moje zwierzę jeszcze nie osiągnęło takiego poziomu świadomości i pomimo próśb oraz łagodnej perswazji nadal gustuje w wołowinie i drobiu. Celem nabycia tychże od czasu do czasu przychodzi mi postać w mięsnym. Utknęłam zatem przed lada chłodniczą, a że czytania w żadnych warunkach nie unikam, zaczęłam studiować nazwy różnych sztukamięs. Największe wrażenie wywarła na mnie „polędwica żydowska”. Jako, że nie odkryłam w kawałku padliny niczego charakterystycznego (nie posiadała ona ani jarmułki, ani pejsów)postanowiłam uchylić rąbka tej tajemniczej nazwy. Sprzedawczyni oświadczyła, że to nie jest taka normalna, droga polędwica, a „trochę oszukana”, lepszy kawałek pieczeniowego.

Przy salcesonie watykańskim zawahała się chwilę dłużej- dodam, że również nie posiadał cech właściwych państwu papieskiemu. Następnie wyjaśniła, że ten salceson jest wyjątkowo chudy, czyli atrakcyjniejszy konsumpcyjnie od pozostałych.

Nie ukrywam, że przemknęła mi przez głowę myśl, żeby na budę nr 3 złożyć donos do Trybunału w Strasburgu.

Wybrałam się do Warszawy. Musiałam nabyć dmuchany materac, co udało się prawie natychmiast. Chcąc uniknąć hiperwentylacji płuc palacza, postanowiłam dokupić pompkę. Pompki nie było. Ekspedientka nie wróżąc mi w wielkich sukcesów miłosiernie skierowała do hipermarketów. W dwóch -rzeczonej nie uświadczyłam zgodnie z wróżbą, w dwóch kolejnych pompki owszem były, lecz okradzione z końcówek przez naszych zaradnych pobratymców. Piąty market głupi nie był, owinął przedmiot mojego pożądania w folię, cynfolię, taśmę a na końcu zadrutował. Po godzinie przedzierania się przez kolejne warstwy zabezpieczeń z ulgą ucałowałam upragnione końcówki do materacowego wentyla.

Pomyślałam, że dam chytre ogłoszenie: „Atrakcyjna blondynka pozna pana z wentylem”. Kiedy się pojawi, dotrę do pompki i zbadam, czy pochodzi z kompletu. Jeśli nie zakupił ich w pakiecie, to tylko pompkę ukradnę i ulotnie się gwałtownie.

Żeby ochłonąć po wizji tej misji, udałam się do Parku Łazienkowskiego, w którym nie wolno biegać.

Ciepło było, fakt. Turystów łatwo wówczas odróżnić od rodaka. Na zasadzie kontrastu. Rodak ma klapki, szorty przed kolana, wycięty podkoszulek z promocji i włosy pod pachą. Tak też było i tym razem.

Czy taki Polak, w zamian za piwo i bilet na mecz Legii, byłby skłonny przebrać się za cudzoziemca? Nie wiem, bałam się sprawdzić.

W Muzeum Chopina wysiadła klimatyzacja. Niestety do biletu nie dołączono dezodorantów. Zainstalowałam więc w nosie tamponiki z chusteczek higienicznych, ale nie zdały egzaminu, bo po godzinie dostałam suchot od wciągania powietrza ustami. Paradoksalnie zbliżyło mnie to do naszego wielkiego kompozytora, bo uświadomiłam sobie jak bardzo cierpiał nie mogąc oddychać.

„Brak wychowania podobny jest do braku serca”- tak powiedziała ukochana naszego pianisty, George Sand.

Szybko przyszło mi tego stwierdzenia doświadczyć na własnej skórze -tym razem w Muzeum Powstania Warszawskiego. Dzieci hasały ku uciesze matek w podziemiach, gdzie stworzono coś na kształt kanałów. Bawiły się w chowanego śmiejąc i pokrzykując. Czekałam na rozwój wydarzeń . Wreszcie matka zareagowała, podeszła do wlotu i wyskandowała w czeluść: ”PO-BAW-CIE-SIĘ-TU-JESZ-CZE-TRO-CHĘ- TO-NIE-BĘ-DZIE-MY-MU-SIE-LI-IŚĆ-DO-WE-SO-ŁE-G0-MIAS-TECZ-KA”.

Zamurowało mnie. Powinno nie mnie, a wlot kanału… na 5 minut choćby, w pakiecie z odgłosem karabinów, bomb, smrodem, krzykami Niemców, płaczem i przerażeniem. Takie upiorne miasteczko, prawie jak wesołe. Prawie- jak już wiemy- robi wieeelką różnicę.

Później trafiłam do pokoiku stylizowanego na powstańczy , w nim - radio z zakazaną audycją dla walczącej Warszawy stało. W nim - rodak w klapkach na krześle siedział i przez komórkę relację ze swoich życiowych planów zdradzał interlokutorowi oraz pogrążonym w zadumie zwiedzającym.
- Czy ja panu przeszkadzam?
- Nieeee.

Obok w regale granaty, gdyby tak jeden odbezpieczyć na niby?

Pewnie nie ruszyłby się z miejsca i usłyszałabym:
-Słuchaj, nie uwierzysz, jakaś wariatka chciała mnie zabić! W muzeum!

Poszłam pod krzyż, pod TEN krzyż. I jedyne co przyszło mi tam do głowy, to pomoc ze strony sztabu psychiatrów i psychologów. Jak można patrzeć na taki ogrom ludzkiego nieszczęścia i nie reagować. Wypada udzielić pomocy pierwszej. I nie ostatniej! No, na taką ułomność mundurowych posyłać …jak można.

Udałam się na Stare Miasto i namówiłam współtowarzyszki mojej niedoli na kolację w restauracji pani od „ Kuchennych rewolucji”. Ogródek piękny w barwie i wykonaniu lecz tuż przy wejściu zaatakowała nas tekturowa- full kolor- postać właścicielki. Podano kartę. Dzieci, weganie i wegetarianie wśród tych saren, dzików i befsztyków nie mają czego szukać, ale wyjść się nie da, bo poduszki zbyt wygodne. Czy zdjęcia królowej gastronomii muszą być robione na tle giczy oraz znanych osób i znajdować się w menu? Tego pewna nie jestem. Jedno natomiast wiem- rosół nie powinien być brązowy, sałaty wegańskiej nie posypuje się parmezanem, a pół chochli chłodnika to porcja dla osoby po operacji zmniejszenia żołądka.

Wróciłam do Krakowa, MOI zza ściany zdążyli zmienić repertuar. Teraz rozbrzmiewa dramatyczne pytanie : gdzie ta keja, gdzie jest ten port? Niestety tutaj, na ulicy coraz mniej Spokojnej.

Wiem, Anna to imię królowych i wieśniaczek, ponadklasowe. Wolę jednak myśleć, że tych pierwszych, choćby królestwo miało się ograniczać do władzy rządzącej i wykonawczej w jednym.

Dodam także, że nadszedł październik, a on jest- jak powszechnie wiadomo- miesiącem ewolucji. „ R”- póki co- nieme.

Ale nigdy nie wiadomo, czy nie pojawi się – jak w życiu biednego Fostera- mucha…

Bluszcz, październik 2010
http://www.bluszcz.com.pl/

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in