Powrót taty

- Oglądałaś wczoraj dokument o chorobie Eisenhowera czy jak jej tam… jakie ogromne spustoszenie w tym… no… w mózgu czyni?

- Nie, teraz mi przypomniałaś, że miałam obejrzeć.

Tak mogłaby wyglądać rozmowa dwóch osób, które mają problemy z pamięcią.

Ja nie mam i najczarniejszy scenariusz drugiej części mojego życia (optymistyczne założenie) związany jest właśnie z tym, że mogę nie pamiętać.

Nie, nie o drobiazgach jak w dowcipie, w którym żona wysyła męża staruszka po chleb i masło, a on wraca ze szczoteczką do zębów.

Wtedy ona mówi:

- Ha, a o paście oczywiście zapomniałeś?

I nie ma pretensji, że nie będzie kolacji, bo nie pamięta , po co go posłała. Wszak życie bez pretensji to raj.

Nie, nie o takiej pamięci chcę dzisiaj napisać, choć wiem, że nie będzie to wypowiedź zabawna jak dotychczas, nawet jeśli jej początek nosi znamiona taniej rozrywki.

Otóż uwielbiam biografie, sagi , wspomnienia. Czasem lektura tak mnie pochłania, że zapominam jeść. A dodam, że to jedna z czynności, które sprawiają mi szczególną przyjemność. Bywa gorzej, ostatnio na przykład przyśniło mi się, że jestem pradziadkiem Broklem z „ Lali” Jacka Dehnela. Kiedy po raz kolejny straciłam na giełdzie cały majątek, obudziłam się przerażona, że nie poślę córek na upragnione studia. Zanim dotarło do mnie, że nie mam wąsów oraz innych męskich atrybutów, upłynęło sporo czasu. Ten sen jednak o czymś ważnym mi przypomniał…

Miałam własnego Dziadka.

Pamiętam jego piękne siwe włosy zaczesane do tyłu i popielaty kardigan. Nigdy nie podniósł na nikogo głosu. Wieczorami czytał mi Trylogię, którą znałam na pamięć zanim dorosłam do pasa Małemu Rycerzowi. Dźwigał mój tornister z bordowego plastiku, schylał się żeby zawiązać buciki i sprzątał potajemnie mój pokój, zanim rodzice odkryli w szufladach ogryzki i papierki po czekoladkach.

Wbrew przewidywaniom psychologów nauczyłam się samodzielnie czytać, nie lubię bałaganu, a od mężczyzn nie oczekuję, że będą się rzucać do moich stóp w sprawie sznurowadła. Przezornie kupuję obuwie na zamek błyskawiczny.

Pamiętam małe miasto Rawicz, ciche, spokojne, zielone. A tam, w przedwojennej kamienicy krzątającą się przy kuchni cudowną Ciocię Rozalię, o której wszyscy bez wyjątku mówili Rózia. I zapach ciasta drożdżowego z powidłami i kruszonką, smak sernika i stół w kuchni, przy którym nigdy o nikim nie mówiło się źle. Zawsze siadałam pod oknem, z widokiem na drzwi wejściowe, które przed wszystkimi były otwarte na oścież. Również przed Romami z sąsiedztwa i ich dziećmi. Pamiętam Ciocię Jadzię, ciepłą i dobrą jak wypieki jej matki. I choć mogło wydawać się, że jest surowa i chłodna – nigdy nie dałam się na to nabrać choćby dlatego, że nie raz słyszałam jej rozmowy z kotem Stefanem.

Pamiętam Ciocię Hanię, piękną , prostą jak topola, smukłą o włosach czarnych i lśniących jak skrzydło kruka. Nigdy z jej ust nie padło słowo skargi więc wydawało się, że stygmaty wieloletniej choroby ranią bardziej wszystkich bliskich niż ją samą. Uśmiechała się jakby wiedziała coś więcej niż my wokół. Pięknie się uśmiechała. Odziedziczyłam po niej imię i przeczucie, że wewnętrzny spokój jest najważniejszy.

Babcia Julia miała cudownie klasyczną twarz i smukłe dłonie, nosiła włosy upięte w kok. Kiedy czytam dziecku bajkę, w której występuje dobra babcia – zawsze ona staje mi przed oczami. Przypominam sobie smak cukierków, którymi nas częstowała i cuda, które potrafiła wyczarować ze szpulek kordonku i muliny.

Pamiętam też Panią Inżynier. Wylądowałam jako 19 letni chemik na nocnej zmianie podczas kampanii cukrowniczej i oddano pod moją opiekę wytatuowanych więźniów zwanych osadzonymi.

- Nie wolno bać się ludzi, oni tylko udają, że są źli.

Tak powiedziała, gdy po raz pierwszy w białym fartuchu poszłam na obchód i dzięki niej, jeszcze z niego nie wróciłam.

I jeszcze Ktoś. Uświadomiłam sobie ostatnio, że piszę od 20 lat, a nigdy nie poświęciłam mu jednego choćby słowa. Ale to nieprawda, że przenosząc kogoś do wspomnień, na drugi brzeg rzeki, tracimy go z oczu. Może nawet widzimy wyraźniej?

Kiedy byłam mała uwielbiałam oglądać jego teatralne wcielenia utrwalone na czarno- białych zdjęciach ze spektakli - „ Mindowe”, „ Mazepa”. Piękny mężczyzna, ucharakteryzowany, w stroju z epoki. Mój Tata.

Czasem, w długie zimowe wieczory, czytaliśmy te klasyczne dramaty z podziałem na role.

Zabierał mnie do ciemni, gdzie w kuwetach, na białych kartonikach pojawiały się w magiczny sposób zarysy postaci znajomych bardziej lub mniej, piękne krajobrazy, sarny na śniegu. Potem suszyły się przypięte drewnianymi klamerkami do sznura na pranie.

Męczył się ze mną na nartach, aż pewnego dnia postanowił, że odetniemy pępowinę, którą stanowił szalik przewiązany w pasie. Zostawił mnie na szczycie Gubałówki i zniknął. Zjechałam przerażona z widmem śmierci przed oczami. Po latach przyznał się, że za mną podążał umówiony wcześniej instruktor- miejscowy góral.

Był absolutnym minimalistą, niczego nie potrzebował- no może poza pachnącym tytoniem Amphora. Sadził rośliny w doniczkach, dbał o nie jak o ludzkie istoty, a z ogródka przynosił monstrualne pomidory.

Gdy byliśmy nad Bałtykiem wstawał skoro świt i zbierał bursztyny. Przynosił ich pełne kieszenie i robił dla mamy sznury korali. Ja dostawałam owady zatrzymane w żywicy.

W morzu cieplejszym niż nasze uczyliśmy się nurkować, zbieraliśmy małże ze skał. Kiedy pewnego razu podtopiła mnie powracająca od lądu fala, nie od razu rzucił się na pomoc.

- Zawsze trzeba czekać.

Tak powiedział wtedy, a ja dopiero niedawno zrozumiałam sens tych prostych z pozoru słów.

Na tylnym siedzeniu Skody przemierzałam Europę tłukąc głową o podsufitkę, gdyż leżałam na stosie złożonym z namiotu, konserw, materacy oraz śpiworów.
Od czasu do czasu byłam zaskakiwana pytaniami w stylu:
-Co to za góry?
- Nie wiem, nie widzę.
- Nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć.

Miał alergię na kłamstwo i nieuczciwość. Wtedy wydawał mi się groźny. Doskonale znał historię, wciąż czytał jakieś opasłe tomiska, ale nigdy nie wspomniał słowem nawet o swoich wojennych doświadczeniach, choć kiedy Niemcy skapitulowali miał 20 lat.

Zdaje się, że to właśnie wojna zrobiła z niego agnostyka. Gdy co niedziela wracałyśmy z mamą do domu po mszy, nieodmiennie witał nas pytaniem:
- I co nowego?

Kiedy na stole pojawiał się rosół, zawsze walczyliśmy o rozgotowaną kapustę. Przegrany dostawał marchewkę.

Pierwszy własny postawiłam w garnku na gaz, kiedy Taty już nie było.

Gdy się ugotował , bez zastanowienia wyrzuciłam do kosza na śmieci wszystkie warzywa, bo pomyślałam, że to byłoby nie fair tak je po prostu zjeść...

Nikt nie wymaga od drzewa, żeby pamiętało o korzeniach. One oplatają wnętrze ziemi i sprawiają, że co roku pojawiają się nowe liście.

My ludzie dostaliśmy od natury cenny dar pamiętania, więc kiedy już nic innego nie jesteśmy w stanie zrobić, zawsze możemy sobie po prostu… przypomnieć.

Mogę cię jeszcze widzieć: echo,
wyczuwalne czułymi
słowami, na grani roz –
stania.

Twoja twarz płoszy się cicho,
kiedy nagle,
jak od lampy, staje się jasno
we mnie, w miejscu,
gdzie najboleśniej mówi się: Nigdy


Paul Celan, tłumacz. R.Krynicki


Bluszcz, listopad 2010
http://www.bluszcz.com.pl/

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in