Dwa końce kija

Obejrzałam niechcący film dokumentalny o rodzinie Hitlera, tej żyjącej. Przy wtórującym każdej wypowiedzi akordeonie, kiełbasie i piwku lejącym się strumieniami, snuli opowieść o swoim kuzynie i historii. Nie, nie pomagali mu w jej tworzeniu. Nie, nie widzą również niczego niestosownego w fakcie, że oczekują od państwa tantiem autorskich za „Mein Kampf”. Wszak trochę się tego przez 65 lat uzbierało. Wszak są legalnymi spadkobiercami i nie ma powodu, dla którego państwo miałoby bogacić się ich kosztem. Mam parę cech dyktatora, ale to na pewno nie moja rodzina.

Wyłączyłam telewizor, a pilota zjadłam.

Parę dni później przyjaciółka opowiedziała mi wzruszającą historię jej znajomych. To, że zakochali się w sobie na krakowskim Kazimierzu, nie jest niczym wyjątkowym. Codziennie dochodzi tam do takich incydentów, można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że miłosny proceder kwitnie. Nie pisałabym jednak o znajomości zawartej między Alchemią a budą z zapiekankami.

Ta ma zupełnie inny charakter, a co najważniejsze- przesłanie. Gabi- polska nauczycielka historii, Uve- niemiecki dziennikarz. Jego dziadek był esesmanem, najpierw mordował Żydów w warszawskim getcie, później działał w Krakowie- z nie mniejszym rozmachem. Jej dziadek- krakowianin z krwi i kości- trafił do Majdanka, by następnie zginąć w transporcie do Auschwitz. Jak w takiej sytuacji przezwyciężyć uprzedzenia i pozwolić sobie na miłość? Von Saltmanowie piszą o swoich przodkach jedną wspólną książkę, bo – jak mówią- ich pokoleniu należy się prawda po to, by mogło żyć „ z przeszłością dla przyszłości”.

Otworzyłam tekturową, malutką książeczkę i przeczytałam:

„Ma mordę jak martwa świnia”,

„ Jak ja nie lubię tej zadufanej dziwki”,

„ Brzydka, mała, karłowato- wymiotna menelica”.

Rzecz- jak należałoby się spodziewać- nie dotyczy Ilse Koch, „ suki z Buchenwaldu”, która zdzierała tatuaże z zabitych więźniów. Ani Katherine Knight, co to najpierw zabiła swojego konkubenta a następnie przyrządziła z jego zwłok obiad, który chciała podać dzieciom. Powyższy opis nie ma również nic wspólnego z Mary Ann Cotton, która otruła arszenikiem 3 mężów, kilku kochanków, 12 dzieci oraz własną matkę.

Nie chodzi też o Messalinę, carycę Katarzynę czy Matę Hari.

To jedynie komentarze internautów dotyczące artystki Marii Peszek. Na uwagę i podziw zasługuje fakt, że umieściła te i jeszcze gorsze wypowiedzi ( przy których już pióro mi zadrżało) na wkładce do dvd z własnym koncertem, ponoć „najmniejszym” na świecie. Nie wiem jak musiałby wyglądać „ największy”…

Małe jest piękne, nie od dziś wiadomo. I nie czepiam się tu gabarytów artystki, żeby była jasność. Marysia postanowiła 14 grudnia pożegnać się na zawsze z Marią Awarią. Skoro nie mam wpływu na tę decyzję, postaram się jej towarzyszyć – jeśli nie osobiście, to na pewno mentalnie. Po pierwsze – „Pożegnanie z Marią” budzi moje jednoznaczne skojarzenie z zagazowaniem tejże w komorze krematoryjnej, więc w razie czego mogłabym interweniować. Po drugie ( i to bardziej optymistyczna wizja) na koncert nie dotrze ten odłam ludzkości, co wszystko opluwa, bo do tej pory mam nadzieję, że się odwodni.

Ten sam internet oraz życzliwość lepszej części jego użytkowników sprawił, że po 20 latach znalazłam swoja przyjaciółkę ze szkolnej ławy. Kiedy widziałam ją po raz ostatni, była ciężko chora i zagubiona. Tak bardzo, że zniknęła z horyzontu. Teraz robi karierę naukową za oceanem, mieszka nad jego skrawkiem wraz z mężem -amerykańskim aktorem- oraz dwoma utalentowanymi, pięknymi synami, psem, kotem oraz polską wiewiórką Barbarą.

Zanim ukazały się „ Listy na wyczerpanym papierze” przeczytałam artykuł w „Wysokich Obcasach”, opowieść o romansie Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Urzekła mnie ta historia ( część ), bo podobnie jak córka zmarłej poetki nie miałam wcześniej pojęcia, o kim jest jej najpiękniejsza bodaj pieśń „Na całych jeziorach Ty”. Nie wiedziałam też, że on, pan we fraku i cylindrze, ustami Wiesława Michnikowskiego właśnie jej wyznał swą wielką miłość : ” bez Ciebie jestem tak smutny- jak kondukt w deszczu pod wiatr”.

Spotkałam Agnieszkę Osiecką. Byłam wtedy bardzo, bardzo młoda. Zaczynałam pisać piosenki. Zostałyśmy na chwilę przypadkiem same w garderobie Stefana Jaracza. Pamiętam doskonale te parę minut, bo mówiła bardziej do siebie, niż do mnie. I to właśnie mnie urzekło. Zanim wyszła, położyła mi rękę na głowie i powiedziała: „ umiesz słuchać”. Nieprawda, wtedy nie umiałam. Po prostu nie odważyłam się odezwać. Mogę to zrobić teraz. Bo choć przeczytałam jednym tchem obcasowe wspomnienie, to poczułam się okropnie. Co innego bowiem słuchać jak ktoś jednym tchem wymienia nazwiska jej kochanków, nazywa po imieniu problem z alkoholem, dywaguje nad porzuceniem Agatki. Co innego zaś czytać CUDZE listy, pewnie nie pozbawione autokreacji - jak to bywa w przypadku osób, których życie staje się dziełem sztuki. Ale jednak cudze …choćby fragment: „ jesteś pierwszym chłopcem, z którym jest mi dobrze w łóżku, przez którego robi mi się czarno w oczach i słodko w ustach”.

Przewodnik biolog oprowadzał grupę dzieci po botanicznym ogrodzie. Jako, że rzecz miała miejsce późną jesienią, to większość okazów była znacznie ogołocona z listowia i wyglądała średnio atrakcyjnie. Dzieci co krok wyrażały swoje niezadowolenie. Podniósł zatem kolorowe liście z ziemi licząc na to, że dzieci zachwycą się ich barwami. Jednak one nadal grymasiły- tym razem narzekając, że jesienne barwy tak krótko się na drzewach utrzymują. Biolog westchnął głęboko i powiedział:

- Drogie dzieci, otóż liście mają w sobie przez cały czas wszystkie możliwe kolory, ale my tego niestety nie widzimy, bo jesteśmy tylko ludźmi…

Ulubioną dziewczynkę wiozłam autem, kiedy padło pytanie:

- Ania, a co to są przesądy?

Postanowiłam podeprzeć swoją erudycję przykładami. Akurat nadarzyła się świetna okazja, bo przy przejściu dla pieszych stała zakonnica z wyraźnym zamiarem wtargnięcia na jezdnię. Przyspieszyłam gwałtownie i prawie znalazłyśmy się w bagażniku bmw.

- Widzisz, gdyby jednak przeszła nam drogę, mogłoby się okazać, że będziemy miały pecha.

- Przecież mamy! - odpowiedziała masując kolano.

Nie był to bardzo czytelny przykład.

Następnego dnia zapomniałam kluczyków do auta, więc musiałyśmy wrócić z parkingu do mieszkania. W drodze tłumaczyłam, że po przekroczeniu progu należy policzyć do dziesięciu, w przeciwnym razie pech nas nie ominie.

Już w progu poczułyśmy swąd spalenizny, więc zapomniałyśmy obie o odliczaniu, bo priorytet całkiem pozbawiony wody, właśnie zaczynał się żarzyć.

Dodam tylko, że tego dnia dziecko otrzymało w szkole 3 piątki i 2 szóstki a wieczorem oświadczyło, że albo ja coś pokręciłam, albo te przesądy są strasznie głupie.

W sumie cel wychowawczy( walka z przesądami) został osiągnięty. Co z tego, że przypadkiem?

To była bajka.

Życie jest jednak życiem- parafrazując odkrycie Gertudy Stein, że róża jest różą.

Na wszystkie przedmioty, które się w nim pojawią jesteśmy w stanie otrzymać kartę gwarancyjną. Lecz nie na najważniejsze sprawy, uczucia, emocje. Niby komu złożyć reklamację? To niestety towar bez prawa zwrotu.

Głębszy sens tej banalnej wypowiedzi zawdzięczamy temu, który rodzi się ustawicznie dla ludzkości co roku w grudniu. Konkretnie - w drugiej połowie grudnia. On jako jedyny w naszym kręgu kulturowym, dostąpił zaszczytu powtórnego przyjścia na świat najprawdopodobniej po to, żeby podkreślić różnicę pomiędzy sobą a nami.

Antropolodzy twierdzą, że wcale nie umarł i tylko dlatego powstał z grobu. Zwolennicy in vitro - że jest ono tym samym, co niepokalane poczęcie. Samotni- że on także był singlem. Geje- że otaczał się wyłącznie uczniami. Jakbyśmy nie uciekali w stronę Wschodu, na naszym terytorium to on wygrywa w pierwszej turze.

Każdy kij ma dwa końce, to zdaje się jedno z najmądrzejszych powiedzeń ludowych. Nie wiem czemu, ale kiedy sobie go wyobrażam, natychmiast widzę szalę wagi i tylko jedna poddaje się powszechnemu prawu ciążenia.

Czemu o tym piszę?

Jak mawiał Maharishi Mahesh Yogi: nie krzycz człowieku na ciemność, po prostu zapal światło…



Bluszcz, grudzień 2010
http://www.bluszcz.com.pl/

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in