Taryfa ulgowa

Uwielbiam prowadzić auto. Myślę, że gdybym była psem, to leżałabym potulnie na siedzeniu pasażera i czyhałabym na moment, kiedy pan opuści swój fotel. Wtedy natychmiast zajmowałabym miejsce za kółkiem. Lizałabym z czułością kierunkowskazy oraz drążek skrzyni biegów, a włochaty łeb kładłabym na kierownicy.

Przypomniała mi się sentencja Lewisa Grizzarda, że życie przypomina psi zaprzęg. Jeśli nie jesteś liderem, widok przed tobą się nie zmienia.

W myśl tego odkrycia środkami komunikacji miejskiej poruszam się raz na 10 lat. Również dlatego, że trzeba marznąć na przystanku a następnie kolebać przy rurze. Choć w Krakowie, od kiedy kolejne stacje zapowiada Turnau Grzegorz, publiczny transport stoi na bardzo wysokim poziomie. Wiemy wszak, że pieśniarz ten jest wyjątkowo kulturalny, o czym świadczy fakt, że zawsze nosi marynarkę, a w każdej wypowiedzi używa zdań wielokrotnie złożonych.

W tramwajach artysta ten nie śpiewa, a oznajmia charakterystycznym głosem: Salwator, Borek Fałęcki, Planty itp.. Jednak głos jego przypomniał mi o tym, że często nie rozumiem o czym śpiewa (wtedy, kiedy śpiewa) co świadczy wyłącznie o moim ubóstwie intelektualnym. A że nie lubię jak coś mi przypomina o tym, że mogłabym być mądrzejsza, dwa ostatnie przystanki pokonałam piechotą.

Pomiędzy własnym autem wyposażonym w choinkę zapachową, a miejskim transportem, którego zapach do oszałamiających nie należy, jest jeszcze jedno rozwiązanie. Radio Taxi. Korzystam z niego wyłącznie wtedy, kiedy ma pewność , że własny, ukochany pojazd dowiezie mnie tylko w jedną stronę. Następnie zostanie porzucony na parkingu pośród innego, obcego żelastwa. I nie do białego rana, ale nawet do wieczora dnia następnego, jak to miało miejsce parę miesięcy temu, gdy niespodziewanie odkryłam w sobie umiejętności taneczne.

Pomiędzy, między… zanim przejdę do meritum, zatrzymam się na chwilę nad tymi słowami. W sformułowaniu poetyckim „ między ustami a brzegiem pucharu” kryło się niegdyś oczekiwanie na spełnienie.

Między miało wartość największą, dla niektórych wciąż ją ma. I nie mówię o twórcach programu „Między kuchnią a salonem”. W przypadku tego incydentu medialnego- nazwijmy go umownie „pomyłką Miszczaka”- słowo to oznacza nie więcej niż korytarz z boazerią i głową osła na ścianie. Przy czym ta ostatnia symbolizuje potencjalnego widza.

Między byciem psycholem a psychoterapeutą też jest cienka granica, powiedziałabym nawet, że często niewidzialna. Nie zawsze wiadomo, kto jest pacjentem, a kto uzdrawia. Na moim uniwersytecie najdziwniejsi byli studenci psychologii, mieli najbardziej skomplikowane życiorysy i niejednokrotnie, w sposób wyjątkowo widowiskowy, przerastała ich codzienność. Na próżno tu dopatrywać się analogii z odkryciem Darrela Irvinga, który zauważył, że pomiędzy mistykami i osobami oświeconymi, a ludźmi chorymi na schizofrenię nie zachodzą nawet najmniejsze różnice symptomów. Tyle tylko, że mistycy posiadają pełną kontrolę nad zjawiskami, a chorzy- nawet najmniejszej. Łatwo jednak się pomylić…

Między księdzem a spowiadającym się parafianinem różnica jest niejednokrotnie analogiczna do wyżej wymienionej. Trudniej jednak o pomyłkę, bo jeden siedzi a drugi klęczy. I tylko jednego dobrze widać okiem gołym, drugiego za to lepiej słychać, bo o akustykę dobrą w sanktuariach dbano niejednokrotnie bardziej niż o wiernych.

Odkąd pamiętam lubiłam słuchać historii, bo te z życia często przerastają literaturę . Więc oba wymienione powyżej zawody wydawały mi się szczytem marzeń, z czego jeden (ksiądz) już na starcie był kompletnie niedostępny z racji płci. Drugi zaś (terapeuta)- ze wszystkich innych powodów poza tym wymienionym wcześniej.

I tu powrócę niczym bumerang do Radio Taxi. Pewnego zimowego wieczoru przemierzając Kraków zrozumiałam, że minęłam się z powołaniem bardziej niż sądziłam.

Kierowca mówił non stop, jakby miał niesprawne hamulce. Najpierw pochwalił się -pod pretekstem świątecznych prezentów- rudą żoną oraz dwoma synami. Potem tradycyjnie zagaił o pogodzie. Następnie utknęliśmy w gigantycznym korku. Wtedy opowiadał o innych pasażerach, gdyż nie ma czegoś takiego jak tajemnica taksówkarska.

Następnie, gdy ustaliliśmy, że przyczyną przestoju był okropny wypadek, pozwoliłam sobie pochylić się nad tą tragedią. I wtedy on powiedział od niechcenia i jak chciałoby się przypuszczać -bez większego zastanowienia:

- Ludzie różne dramaty przeżywają. Wie pani, mam sąsiada, taka porządna rodzina. A niedawno okazało się, że jego syn jest gejem!

W taksówce można powiedzieć wszystko i nie trzeba kończyć szkół czy seminariów. Albo w ogóle nic nie mówić i nikt się nie obrazi, a nawet gdyby, to prawdopodobieństwo, że spotkamy się ponownie jest równe zeru. Kierowcy od pasażera w tej szerokości geograficznej nie rozdziela ani krata, ani plastikowa szyba. Wsiadając nigdy nie widomo, kto będzie miał więcej do powiedzenia- wieziony czy wożący.

Nie, nie chciałabym być taksówkarzem De Niro, który morduje w imię sprawiedliwości społecznej sutenerów otaczających nieletnią Jodie Foster. Ani tym bardziej Ewą Błaszczyk z dolepionym wąsem, udającą Mariana Koniuszko.

Moja taksówka to byłby taki świecki konfesjonał, choć może bardziej ambona?

Najlepiej coś pomiędzy, co dopuszcza do głosu obie strony, ale bez przesady. Wiadomo kto rozdaje karty. Kierowca.

Jeśli dziennie woziłabym 20 pasażerów, to rocznie około 7000.

Zaczynałabym zawsze od powiastki, a w zasadzie pytania, którą cyniczni ateiści zadają wierzącym, po to by wprawić ich w konsternację i tym samym sprowokować do rozmowy:

- Czy bóg potrafi stworzyć kamień, którego sam nie umiałby unieść?

Potem opowiedziałabym o zwierzętach w rzeźni, o tym jak bardzo żałuję, że wiele z nich w swoim życiu bezmyślnie zjadłam zanim przerzuciłam się na roślinność. O schroniskach dla psów i o tym, jak wielkich udręk tam doznają, podczas gdy trwają zapisy na pieski z USA, których rodowód kosztuje więcej niż 10 lat utrzymania przymierającego głodem kundelka. O koniach, które już nie pokonują przeszkód, więc można je na luzie zmielić. O tym, że nie da się na dłuższą metę udawać kogoś, kim się nie jest, nie było i nie będzie. Że trzeba szukać w sobie, a nie w okolicznościach przyrody. Że nie wolno oceniać, bo skoro wszystko jest względne, to bycie bezwzględnym jest jakimś horrendalnym nieporozumieniem. Od czasu do czasu, na czerwonych światłach uderzałabym w tybetański gong.

Pewnie po jakimś czasem rozniosłaby się wieść o moim taksówkarskim procederze i wszyscy klienci bacznie by się przyglądali bocznym numerom, nim by wsiedli. Jedni, żeby się na mnie nie natknąć, inni wręcz przeciwnie, żeby posłuchać nawiedzonej baby, która w opowieści o oświeceniu wplata drobny poczęstunek i streszczenia książek, po które sami nigdy by nie sięgnęli.

Z głośników po zmroku płynęłaby muzyka Bacha, za dnia Chopin. Ekologiczna skóra siedzeń pachniałaby olejkami eterycznymi czyli różą, z nutą paczuli i piżma. Zamiast płynu do spryskiwaczy- woda o zapachu lawendowym. W termosie yerba mate dla zmęczonych, jaśminowa herbatka dla takich, którzy chcą zwolnić i zdążyć jednocześnie.

Mogłoby tak być…

Przypomniał mi się spektakl, w którym Iwona Bielska snuje monolog na oczach zdumionej córki:

- Dawno temu, kiedy jeszcze studiowałam…

- Mamo, ale przecież ty nigdy nie studiowałaś!

- Nie, ale mogłoby tak być!

Wróćmy na ziemię. Taksówka to żart. Nie zamierzam nikogo pouczać ani prostować pokrętnych ścieżek jego ego. Wystarczą mi własne, przypominające do złudzenia gordyjski węzeł.

Jedno jest pewne: jeśli nie zapłacisz- nigdzie nie dojedziesz.

I nie mam na myśli taryfy za kilometr.

Żeby była jasność….




Bluszcz, luty 2011
http://www.bluszcz.com.pl/

 

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in