Pan Tofel i Czarodziejska różdżka /część druga/

WSTĘP

Serdecznie Was witam, cześć, dzień dobry...czy jak tam wolicie.

Byle nie „hejka”!
To ja- pan Tofel.
Nadal mieszkam w domku z pnia drzewa.
Pod moim łóżkiem wciąż znajduje się wejście do tajemniczego tunelu, który sam wykopałem sądząc, że to przyjemne i pożyteczne hobby.
Ciągle też przyjaźnię się z Hehelem, pomimo tego, że mówi trochę za dużo i często nie na temat.
Smok, którym się opiekowałem z czasem się usamodzielnił i wyfrunął z gniazda.
Tak się mówi przeważnie o ptakach, ale nie tylko.
Kiedy ktoś postanawia żyć na własny rachunek, to tak jakby wyfrunął - bez względu na to, czy odchodzi na piechotę, czy też odjeżdża pociągiem lub samochodem.

Kiedy znów zostałem sam, najpierw posprzątałem mój domek tak, że aż lśnił z czystości i pachniał jak łąka.
Potem zająłem się swoimi ubraniami, które wyprałem i wyprasowałem tak starannie, że nie miały najmniejszej fałdki.
Na samym końcu wykąpałem się i poobcinałem równiutko wszystkie paznokcie, osiem u rąk i osiem u nóg.
Generalne porządki robi się zazwyczaj przed świętami, albo przed jakąś ważną rodzinną uroczystością.
Myśl o tym spowodowała, że jeszcze bardziej posmutniałem, bo przecież nie miałem rodziny, a święta zawsze spędzałem albo samotnie, albo w towarzystwie przyjaciół – jeśli akurat gdzieś nie wyjechali.
Postanowiłem znów zejść do tunelu w nadziei, że czeka mnie tam jakaś kolejna przygoda lub przynajmniej drobna, ale miła niespodzianka.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem...

OPOWIEŚĆ

Zaopatrzony w aluminiową lampkę i niebieską łopatkę zszedłem na sam dół tunelu. Sprawdzałem po drodze, czy żadna z podpórek nie grozi zawaleniem.
Wszystkie jednak stały pewnie i podtrzymywały wydrążone korytarze.
Wtedy przystąpiłem do dzieła.
Wydłubaną ziemię pakowałem do worka, którego zawartość rozsypywałem dopiero w ogródku przed domem.
Wynoszenie ciężkich worków nie sprawiało mi szczególnej przyjemności, na pewno nie taką, jaką dawały mi poszukiwania.
No ale jak się powiedziało A, trzeba również powiedzieć B. To znaczy, że w życiu trzeba ponosić konsekwencje swoich działań.
W tym przypadku- worki.
Drugiego dnia również nie natrafiłem w tunelu na nic ciekawego.
Trochę mnie to zniechęciło, jednak trzeciego dnia, zaraz po śniadaniu zszedłem na dół, bo pomyślałem sobie, że nigdy nie wolno tracić nadziei.
I że do trzech razy sztuka!
Po godzinie mozolnej pracy pod łopatką coś zachrobotało.
Początkowo byłem przekonany, że natrafiłem na zwykły patyk, ale kiedy mu się dokładniej przyjrzałem okazało się, że jest bardziej niezwykły niż zwykły.
Wyglądał jak zapałka z dwoma główkami, jedną czarną, a drugą białą.
Wieczorem, kiedy starannie go oczyściłem, siadłem na łóżku i dokładniej mu się przyjrzałem..
Tak, to była różdżka!
Pewnie dlatego, że wcześniej znalazłem w tunelu magiczną skrzynkę, natychmiast przyszło mi do głowy, że różdżka też musi być czarodziejska.
To znaczy bardzo chciałem, żeby była.
Jak się znajdzie coś, co wygląda zwyczajnie, zawsze warto wziąć pod uwagę, że jest niezwykłe.
Tak często bywa z przedmiotami, zwierzętami i ludźmi.
Zamiast zastanawiać się czy tak jest w tym przypadku, postanowiłem sprawdzić możliwości różdżki jak najprędzej.
Zamknąłem oczy, mocno ją zacisnąłem w dłoni i wyrecytowałem:

NIECH SIĘ STANĄ CZARY
CHCĘ KOLEGĘ DO PARY
NAJLEPIEJ TAKIEGO SAMEGO
JAK JA- MIŁEGO GRZECZNEGO


Zanim dokończyłem zaklęcie, które sam nie wiem skąd przyszło mi do głowy, ujrzałem przed sobą swoją kopię.
Kogoś tak podobnego, że przez chwilę wydawało mi się, że patrzę w lustro.
Przyglądałem mu się ze zdziwieniem i nie powiem, żebym się nie przestraszył.
W końcu nie codziennie spełniają się czary.
No właśnie, ponieważ przybysz nie wiedział jak ma na imię, bo dopiero przed chwilą został wymyślony, w myślach nazwałem go Negatyw.
Przez dłuższą chwilę przypatrywaliśmy się sobie.
Stał niespokojnie, wiercił się i drapał nerwowo, ale początkowo myślałem , że jest nieśmiały. Szybko jednak zmieniłem zdanie, kiedy usłyszałem:
- O kurczę, fajowe masz mieszkanko. Sam tu mieszkasz? Zresztą jakie to ma znaczenie. Zrobiłbyś coś do jedzenia zamiast tak stać i się na mnie gapić, co koleś?
Jak ty masz na imię, bo z głowy mi wyleciało? Jakoś tak głupio, że nie da się zapamiętać. Co to ja mówiłem? Aaaa, dawaj chipsy, colę i jakieś cukierki, najlepiej takie ciągnące i bardzo słodkie, bo strasznie jestem głodny.
Zbaraniałem, to znaczy nie miałem chyba najmądrzejszej miny, bo kompletnie mnie tym, co powiedział, zaskoczył.
Jak można pojawić się w czyimś domu i zachowywać w taki sposób!?
Byłem w głębi duszy oburzony, ale jak to bywa w takich sytuacjach, kompletnie odebrało mi mowę.
Jak każdy zbyt uprzejmy, nie potrafiłem być niemiły.
Podszedłem do spiżarki i wyjąłem poziomki, maliny i jagody, ale spojrzał na mnie z takim politowaniem, że czym prędzej schowałem je z powrotem. Najwyraźniej nie żartował wymieniając te wszystkie niezdrowe produkty.
-Widzę koleś, że się nie dogadamy, jesteś chyba jakiś mało kumaty, czy co?
O, masz telefon. Zadzwonię sobie do swoich kumpli i opowiem im jakiego barana poznałem, chyba pękną ze śmiechu.
Podszedł do aparatu i ciągnąc prawie wyrwał go z gniazdka, wykręcił jakiś numer, ale nikt po drugiej stronie nie odpowiadał, więc cisnął słuchawkę na podłogę i położył się w moim łóżku.
Wtedy zobaczyłem, że nogi ma prawie czarne z brudu.
Powiercił się chwilę głośno wzdychając i zakomunikował:
-No co, koleś, chyba nie będziemy tu sobie tak leżeć. Może coś wymyślisz. Skoro nie masz nic do jedzenia tylko jakieś, kurza twarz, witaminy, to przynajmniej mnie jakoś rozerwij!
Najchętniej rozerwałbym go na strzępy, ale ponieważ -jak nadmieniłem- jestem uprzejmy i mało co jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, zacisnąłem zęby i zaproponowałem grę w kółko i krzyżyk.
Nie był zachwycony ale usiadł na poduszce, którą przywlókł ze sobą z mojego łóżka.
-No to gadaj, o co tu chodzi, byle szybko, bo już czuję, że zaczynam się nudzić.
Wyjaśniłem zasady:
-Do ciebie należą kółka, do mnie krzyżyki. Układamy je w kratkach na zmianę- raz ty, raz ja. Jeśli któremuś z nas uda się ułożyć trzy takie same elementy obok siebie, wygrywa.
Chyba niespecjalnie mnie słuchał, bo po chwili przegrał, a kiedy mu o tym powiedziałem, rozrzucił po całym pokoju kartoniki i obwieścił:
-Ty to potrafisz mnie wkurzyć, mam gdzieś takie głupie zabawy, wymyśliłbyś coś lepszego koleś. Nie będę siedział nad jakimiś kretyńskimi papierkami! Gdzie ja właściwie jestem? Muszę koniecznie się rozejrzeć, kurka wodna.
Zamarłem kiedy otworzył wieko od tunelu, ale ponieważ było w nim ciemno, nie odważył się zejść po drabince.
Odetchnąłem z ulgą.
Nie na długo jednak...
Policzyłem do dziesięciu, to ponoć pomaga, kiedy chcesz się uspokoić.
Choć w tej sytuacji pewnie liczenie do stu by mi nie pomogło.
Kiedy otworzyłem oczy, Negatywa już nie było.
Nawiasem mówiąc to imię pasowało do niego bardziej niż sądziłem na początku, bo mogłoby się wydawać, że nie posiada ani jednej pozytywnej cechy.
Pełen najgorszych przeczuć wyszedłem przed dom.
Intuicja mnie nie myliła.
Przez tą krótką chwilę, kiedy starałem się uspokoić, zdążył powiązać kablem drzewka i wsiąść do mojego auta. Pobiegłem za nim krzycząc:
- Tylko nie samochód!
Ale ryk silnika zagłuszył moje prośby, tym bardziej, że Negatyw na mój widok wyraźnie przyspieszył i wciskając coraz mocniej pedał gazu zawołał:
- Ale jazda! Kurza twarz!
Zastanawiałem się przez moment, dlaczego wszystko kojarzy mu się z drobiem.
Wtedy usłyszałem trzask.
Najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie siedział za kierownicą, bo niełatwo na prostej i równej jak stół drodze rozbić samochód.
Chyba, że się wpadnie do jedynego w okolicy rowu.
Jemu się to udało.
Jakby tego było mało, wysiadł roześmiany bez cienia skruchy i popatrzył na mnie z błyskiem w oku.
Nie, to nie na mnie popatrzył jak się po chwili okazało.
Tuż za moimi plecami, jakby spod ziemi, wyrósł listonosz.
Zupełnie o nim zapomniałem, choć zawsze przychodził o podobnej porze.
Zanim zdążyłem mu cokolwiek opowiedzieć i jakoś go uprzedzić, Negatyw już się do niego zbliżał.
Przestraszyłem się nie na żarty, próbowałem go nawet jakoś odciągnąć, kiedy rzucił się na żółtą torbę pełną równiutko poukładanych listów.
- Jest coś do mnie, chłopie?- zapytał.
Ale nie czekał na odpowiedź i nim listonosz zdążył otworzyć usta, zaczął wyjmować koperty i rozrzucać je po trawie.
Tego listonosz nie wytrzymał.
Najpierw krzyknął” ty łobuzie bezczelny”, a następnie chwycił go za ubranie i solidnie nim potrząsnął wrzeszcząc:
- Ja cię oduczę głupich pomysłów, do końca życia mnie popamiętasz, uciekaj stąd, bo jak cię jeszcze raz zobaczę, to nie ręczę za siebie!
Wdzięczny byłem listonoszowi, że mnie wyręczył, choć jego zawód polega raczej na doręczaniu.
Negatyw chyba się przestraszył, bo uciekł i nawet się za siebie nie obejrzał.
Obaj odetchnęliśmy z ulgą, choć ja jakby bardziej.
Listonosz poukładał koperty i zanim poszedł dalej, pomógł mi wydostać z rowu moje czerwone auto, które niestety miało uszkodzony zderzak i błotnik oraz rozbitą lampę.
Bardzo się zmartwiłem.
Wróciłem do domu strasznie tymi wydarzeniami zmęczony i przygnębiony.
Mieszkanie wyglądało jak jakieś pobojowisko.
Różdżka leżała pod łóżkiem, więc ją podniosłem i jeszcze raz dokładnie obejrzałem.
Powiedziałem jej przecież , że chcę do pary kogoś takiego jak ja!
Skoro pojawił się właśnie ktoś taki jak Negatyw, to czy ja byłem taki niedobry jak on?
Nie mogłem w to uwierzyć, bo przecież dobrze znam siebie i wiem, jaki jestem naprawdę.
Na pewno nie taki!
Byłem wyczerpany, nie miałem nawet siły, żeby się zastanowić nad tym, co się wydarzyło.
Pogłaskałem różdżkę i zanim zasnąłem wyszeptałem kolejne zaklęcie:

NIECH SIĘ STANĄ CZARY
NIE CHCĘ NIGDY BYĆ STARY
CHCĘ BYĆ SILNY I ZDROWY
NIECH WŁOS MI NIE SPADNIE Z GŁOWY


Obudziłem się wcześniej niż zazwyczaj, na dworze było jeszcze ciemno.
Nigdy do tej pory nie budziłem się przed świtem.
Poczułem, że jest mi zimno, wiec naciągnąłem na siebie kołdrę.
Po chwili, kiedy uznałem, że czas wyjść z łóżka, zatrzeszczały mi wszystkie kości i kręgosłup, gdy usiłowałem się wyprostować.
Pochylony poszedłem do Hehela, bo obiecał przez telefon, że pomoże mi naprawiać auto, pod warunkiem jednak, że najpierw ja mu w czymś pomogę.
Szedłem i szedłem, nogi coraz bardziej mnie bolały, zadyszałem się tak okropnie, że ledwo mogłem złapać oddech.
Co się ze mną dzieje- pomyślałem.
Zawsze wydawało mi się, że przyjaciel mieszka niedaleko, tymczasem droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
Kiedy wreszcie zobaczyłem jego dom, moje szczęście nie miało granic.
Ze zdziwieniem zauważyłem, że czeka na mnie przed furtką i patrzy z wyrzutem na zegarek.
-To ma być rano? Wstałem wcześnie, bo liczyłem na to, że zaraz się pojawisz. Dostałem od babci dżem brzoskwiniowy i od tej pory nie smakuje mi żaden inny, chyba się od niego uzależniłem. No, ale to niegroźne uzależnienie, prawda? Więc zdążyłem zjeść bułkę z tym przepysznym dżemem, umyć naczynia i zgrabić liście. Potem rozpaliłem ognisko, chociaż nie było to rozsądne, bo zrobił się straszny dym, gęsty i gryzący.
Później zacząłem rąbać drewno i wypatrywałem ciebie, bo siekierę jest strasznie tępą i nie umiem jej naostrzyć. A ciebie nie ma i nie ma, już prawie południe...o matko przenajświętsza, Tofel, jak ty wyglądasz!!!
Nie widziałem się tego poranka w lustrze, ale kiedy Hehel tak się przeraził tego, jak wyglądam, natychmiast podbiegłem do najbliższego i oniemiałem.
Byłem stary, miałem długie siwe włosy, brodę i wąsy!
Sam siebie z trudem rozpoznałem.
Zrozumiałem dlaczego tak długo i z takim trudem szedłem do Hehela.
Zrozumiałem też, dlaczego Smokuś, którego przypadkiem spotkałem, przeleciał nade mną bez przywitania, jakby mnie w ogóle nie zauważył.
Wszystko nagle stało się jasne.
Załamany tym, co przed chwilą zobaczyłem w lustrze, usiadłem z Hehelem przed jego domem i opowiedziałem mu ze szczegółami całą historię z różdżką.
Nawet mi nie przerywał, tylko otwierał ze zdziwienia usta i powtarzał „ to niesamowite, to niesamowite!”.
Kiedy skończyłem postanowił, że pójdziemy do mnie.
Podtrzymywał mnie, bo coraz trudniej mi się szło, wciąż się potykałem i musiałem co parę kroków odpoczywać.
Kiedy przechodziliśmy obok gabinetu Doktora Niefałsta, wpadł na pomysł, że wstąpimy do niego i zasięgniemy jakiejś porady.
Otworzył nam drzwi, ale mnie nie od razu rozpoznał, musiałem się dwa razy przedstawiać.
Najpierw poczęstował mnie wodą, następnie kazał usiąść.
Po raz kolejny zrelacjonowałem przebieg zdarzeń, ale Doktor patrzył na mnie podejrzliwie, jakbym zwariował.
- Hmm, medycyna nie zna takich przypadków i szczerze powiedziawszy trudno uwierzyć mi w pańską opowieść. Wszystko jednak wskazuje na to, że się pan gwałtownie zestarzał. Hmm, sprawa przedstawia się następująco- był pan młody, silny i zdrowy, teraz jest pan stary, słaby i nie najlepiej się pan czuje. Nie znamy bezpośredniej przyczyny tej gwałtownej zmiany, więc trudno nam będzie pana uleczyć. Zresztą starość to nie choroba, hmm, sam nie wiem co doradzić w takiej sytuacji.

- Może jakieś witaminy? Wtrącił nieśmiało Hehel. Kiedyś, niecałe dwa lata temu, około piętnastego lutego, też nie byłem chory, tylko słaby bardzo, nie miałem siły dosłownie na nic. Kręciło mi się w głowie jakbym zszedł z karuzeli. Wtedy pan przepisał mi witaminy i po paru dniach poczułem się tak znakomicie, że pojechałem z wizytą kuzyna, który mieszka w innym mieście. Kuzyn ten ma świetną pracę, żonę i dwoje...

- Nie. Urwał wynurzenia Hehela Doktor Niefałst. Witaminy w tym przypadku nie pomogą. Nie będę panów oszukiwał, medycyna w tej sytuacji jest bezradna. Proszę się nie przemęczać, jeść regularnie posiłki- najlepiej pięć razy dziennie, przebywać na świeżym powietrzu, pić dużo wody. Wtedy powinien pan poczuć się lepiej. Chociaż...hmm...sam nie wiem.
Wyszliśmy od Niefałsta trochę rozczarowani, chociaż nie zrozpaczeni, bo nie był on naszą ostatnią deską ratunku. Wiadomo, żaden człowiek nie może być deską. Tak się tylko mówi w sytuacji, gdy ktoś lub coś stanowi ostatnią szansę.
Wiesz, skoro to różdżka mnie tak urządziła, może potrafi sprawić, żebym wrócił do dawnego wyglądu. Chodźmy więc do mnie i zastanówmy się wspólnie, jak powinno brzmieć nowe zaklęcie, żeby zadziałało.
Hehel niespodziewanie się ożywił, tak jakby chciał mnie pocieszyć.
-Tak! Masz rację! Powinno brzmieć:

HOKUS POKUS CZARY MARY
CHCĘ KOLEGĘ DO PARY
I NIECH BĘDZIE NIEGRZECZNY
A NAWET NIEBEZPIECZNY
I TAK BARDZO OKROPNY
ŻE CHCIAŁOBY SIĘ GO KOPNĄĆ...


- Bo wiesz, skoro te czary działają na odwrót, to po takim zaklęciu nie powinien pojawić się łobuz, tylko ktoś grzeczny i miły. A swoją drogą, to po co tobie jakiś obcy kolega, skoro masz mnie? I wiesz co? Kiedy mi opowiedziałeś o tym pierwszym zaklęciu, że niby masz takie marzenie, to zrobiło mi się przykro. Tak jak trzy lata temu, w październiku, kiedy...ojej, matko przenajświętsza, co on zrobił z twoim samochodem! Nie mówiłeś, że jest aż tak źle!
Złapał się za głowę i lamentował nad rozbitym autem.
Dyskretnie mu przypomniałem, że to nie jest mój największy problem i że bardziej niż na aucie zależy mi na tym, żeby wróciła moja młodość.
Usiedliśmy obaj na łóżku.
Trzeba było dokładnie przemyśleć kolejne zaklęcie, bo jak się okazało każde nierozważnie wypowiedziane słowo miało nieprzewidywalne skutki.
Hehel, jak powszechnie wiadomo, jest bardziej niż ja drobiazgowy.
Obracał różdżkę dziesiątki razy, mruczał coś pod nosem i drapał się po głowie, jakby to miało ułatwić myślenie.
Nagle powiedział:
- Słuchaj, a czy ty zauważyłeś, że ten patyk ma jedną główkę czarną a drugą białą? Nie sądzisz, że to może mieć jakieś głębsze znaczenie? Czy możesz sobie przypomnieć, do której z tych główek wypowiadałeś zaklęcie?
Wiesz, pomyślmy na zdrowy chłopski rozum: jeśli ten patyk w ogóle jest magiczny a ta cała sytuacja nam się nie śni, to te kolory musza mieć wpływ...Może to jest tak, że do czarnego końca wypowiadasz złe życzenia. Na przykład, żeby była zimno, wiał wiatr i padało. A do białej końcówki dobre. Na przykład, żeby było ciepło, miło wesoło i żeby na drzewach rosły ciastka i cukierki, a najlepiej lody o smaku gumy balonowej i żeby prezenty codziennie rano leżały same pojawiały się przy łóżku...
Mój przyjaciel wyraźnie się rozmarzył.
Ale kiedy już prawie pogodziłem się z tym, że nie wpadniemy na żaden mądry pomysł, niespodziewanie podskoczył jak oparzony i wrzasnął mi prosto do ucha, na które jakby słabiej od wczoraj słyszałem:
- Wieeem! Tofel, to proste jak drut! Kiedy do białej końcówki wypowiadasz życzenie, to ono się spełnia, bo biały to symbol dobrego. A kiedy mówisz do czarnej- to spełnia się, ale na odwrót, bo czarne to symbol złego! Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść!
Ale wiesz co? Ja nie jestem tego całkiem pewny, więc nie będziemy ryzykować. Zrobimy tak: powiem do tego białego końca jakieś proste zaklęcie i zobaczymy, czy moje przypuszczenia się sprawdzą.

HOKUS POKUS CZARY MARY
NIECH PODUSZKA WRÓCI DO ŁÓŻKA


Ku naszemu zdumieniu poduszka uniosła się nad podłogą, rozprostowała w powietrzu i spoczęła w miejscu, gdzie powinna była leżeć.
Taki eksperyment powinien był wystarczyć każdemu niedowiarkowi, ale Hehela nie przekonał ostatecznie.
Ujął w dłonie czarny koniec i wyszeptał niczym najprawdziwszy magik coś, co mi nigdy by do głowy nie przyszło:

HOKUS POKUS CZARY MARY
CHCĘ MIEĆ MODNE OKULARY


Natychmiast na jego nosie pojawiła się przedziwna konstrukcja, skrzyżowanie gogli narciarskich z takimi, w których pracują spawacze.
Były okropne, więc szybciutko je zdjął i oświadczył, że przystępujemy do odczarowywania mnie, bo niewiele ryzykujemy skoro i tak gorzej być już nie może.
Do białego końca różdżki powiedział:

HOKUS POKUS CZARY MARY
NIECH TOTI NIE BĘDZIE STARY
TYLKO TAKI JAK KIEDYŚ
BY 100 LAT MÓGŁ PRZEŻYĆ
W ZDROWIU SZCZĘŚCIU SPOKOJU
I WE WSPANIAŁYM NASTROJU...


Pewnie długo by jeszcze zaklinał, ale szturchnąłem go w bok, żeby nie przesadził, bo skąd wiadomo, ile może znieść taka różdżka?
Ale stało się tak, jak chcieliśmy.
Podbiegłem do lustra i zobaczyłem, że wyglądam jak dawniej, siwe włosy, broda i wąsy zniknęły.
Uściskałem przyjaciela z całej siły i byłem najszczęśliwszy na świecie.

Ludzie mówią, że każdy kij ma dwa końce.
Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem.
Teraz jednak zrozumiałem, co to powiedzenie naprawdę oznacza.
Mianowicie, że każda sytuacja ma plusy i minusy.
Czyli dobre i złe strony.
Może gdyby nie to niefortunne zaklęcie nie pomyślałbym, że przecież już mam oddanego przyjaciela, wspaniałego, choć wcale do mnie niepodobnego?
I najprawdopodobniej do tej pory niepotrzebnie martwiłbym się tym, że kiedyś się zestarzeję.
A tak – uświadomiłem sobie, że przecież teraz jestem młody, silny i zdrowy.
Los za pomocą magicznego patyka pokazał mi, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.
I że trzeba się dobrze zastanowić, zanim wypowie się na głos jakieś marzenie.
Odprowadziłem dumnego z siebie Hehela do zakrętu i z czułością mu pomachałem.
Uprzątnąłem pokoik, różdżkę schowałem na najwyższej półce w szafie na wypadek gdyby komuś stało się coś naprawdę złego i byłby potrzebny jej biały koniec.
Cała ta przygoda nauczyła mnie chyba też trochę mniej myśleć o sobie...
Zasnąłem i spałem spokojnie przez wiele godzin.
Wstałem rześki i szczęśliwy z tego, co mam.
Zjadłem pyszne śniadanie, a drugie spakowałem do koszyka.
Postanowiłem pójść na długi spacer, zgodnie z zaleceniami Doktora Niefałsta, bo choć wczoraj nie miałem do nich przekonania, dziś wydały mi się niezwykle mądre.
Śpiewając na całe gardło poszedłem w stronę lasu na poszukiwanie grzybów, bo przypomniałem sobie, że rosną po deszczu, a ostatnio często padało.
Szedłem przed siebie i kiedy znalazłem się na jasnej polanie moim oczom ukazał się niezwykły widok.
Wszędzie, jak okiem sięgnąć, rosły maślaki, podgrzybki, borowiki, rydze, kurki i wiele innych, których nazw nawet nie znałem.
Kiedy schyliłem się po pierwszego, milczałem jak zaklęty na wypadek, gdyby okazał się czarodziejski.
Ale to na szczęście były zwykłe grzyby.
Zbierałem je po kolei do koszyka oszołomiony swoim odkryciem.
Kiedy zabrakło miejsca w koszyku, zacząłem je pakować do fartucha.
Wtedy ktoś nagle przede mną wyrósł, jak jeszcze jeden grzyb, tyle że ogromny.
Ale to nie był grzyb, niestety.
Wyglądał identycznie jak Negatyw.
Pewnie dlatego, że to był Negatyw!
Przestraszyłem się nie na żarty.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, położyłem grzyby pod drzewem i najprędzej jak umiałem, pobiegłem w stronę domu.
Wydobyłem z szafy czarodziejską różdżkę, która przydała się szybciej niż przypuszczałem i zadyszany wypowiedziałem zaklęcie:

CZARY MARY POKUS HOKUS
NIECH NA ZAWSZE ZNIKNIE ŁOBUZ
CO SIĘ KRYJE W NEGATYWIE
I NIECH BĘDZIE POZYTYWNIE!


Pełen obaw wróciłem do lasu.
Grzyby leżały tak, jak je zostawiłem.
On jednak nadal tam był!
Ale- co dziwne- uśmiechał się przyjaźnie, podszedł do mnie i grzecznie się przywitał podając rękę.
-Co za dużo, to niezdrowo- powiedział mrugając do mnie porozumiewawczo.
Obejrzał moje grzyby starannie, każdego z osobna i niektóre od razu wyrzucił.
Miałem wielkie szczęście, bo te, których nie znałem, okazały się trujące.
Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdybym je zjadł.
Podziękowałem mu bardzo, i kiedy zapytał, czy może mnie odprowadzić, chętnie się zgodziłem.
Tuż pod domem zaprosiłem go na herbatę.
Ucieszył się, a chwilę później dostrzegł przy drodze moje czerwone autko, bo we wczorajszym zamieszaniu zupełnie o nim z Hehelem zapomnieliśmy.
- Tak się składa, że świetnie znam się na samochodach, więc jeśli masz ochotę, to pomogę ci je naprawić- powiedział.
Weszliśmy do domu żeby odpocząć, ale kiedy zauważył na podłodze plansze do gry w kółko i krzyżyk, natychmiast przy niej usiadł i oświadczył, że to jego ukochana gra.
I że zanim pójdziemy majstrować przy samochodzie, chętnie zagrałby partyjkę albo dwie.

Nie wiem czy wszystko skończyło się dobrze dlatego, że bardzo tego chciałem.
Czy może dlatego, że prawdziwe cuda się zdarzają . Prędzej czy później.
W tym przypadku - tylko trochę później.
Nieważne.
Najważniejsze to, że znowu byłem szczęśliwy !

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in