Pan Tofel i Jajo /część pierwsza/

WSTĘP

Zupełnie nie wiem, od czego zacząć.

Moja babcia, kiedy byłem mały i nie wiedziałem, co powiedzieć radziła, żebym się po prostu uśmiechnął i przywitał.
Ciągle jestem mały, to znaczy niewysoki, tyle że już nie jestem dzieckiem.
Bo mały i młody to nie do końca to samo.
Ale wciąż - kiedy nie wiem jak się zachować- korzystam z rady mojej babci.
Ta rada zawsze się do tej pory w kłopotliwych sytuacjach sprawdzała, więc i teraz z niej skorzystam.
Uśmiecham się więc do Ciebie i mówię DZIEŃ DOBRY lub jeśli wolisz - CZEŚĆ.
Ja sam pewnie wybrałbym DZIEŃ DOBRY, bo jestem nieco staroświecki, to znaczy staram się postępować tak, jak starsi ode mnie.
Dawno już powinienem był się przedstawić.
Nazywam się TOFEL, znacznie młodsi ode mnie mówią o mnie PAN TOFEL.
Chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi - jeśli nie masz nic przeciwko temu.
Ale się zagalopowałem! Jak widać potrafią to nie tylko konie.
Gadam i gadam a przecież Ty nawet nie wiesz jak wyglądam...
Może najlepiej będzie, jeśli powiem, czym się różnimy.
Ludzie lubią wiedzieć takie rzeczy, choć dla dzieci różnice raczej nie mają dużego znaczenia. I za to Was uwielbiam.
Mam śmieszny duży nos, chude rączki i nóżki, nie mam włosów na głowie ani nigdzie indziej.
Nie jestem większy od Twojego najmniejszego palca, a sam mam ich po 4 a nie po 5, inaczej niż ludzie.
Zawsze noszę czerwony płaszczyk.
I czerwony kapelusz, którego nigdy nie zdejmuję.
Wygląda jak cylinder, czyli czapka, z której magik w cyrku wyjmuje króliki i gołębie.
Ale ja niczego nie potrafię z niego wyjąć, no chyba że wcześniej coś ukradkiem włożę.
Mam też, jak mawiają ludzie, złote serce.
Tyle, że tego wcale nie widać.
Chodzi po prostu o to, że jestem uczynny i miły.
Potrafię i lubię słuchać.
Jest taka teoria, że jeśli na głos wypowie się swoje smutki, to one znikają.
W najgorszym wypadku, nawet jeśli nie znikną- kamień spada z serca.
Nie, nie taki prawdziwy kamień, bo one leżą głównie na ziemi, a nie na sercu.
Tak się mówi.
Wyobraź sobie po prostu, że coś ciężkiego leży na Tobie a kiedy spada- czujesz prawdziwą ulgę.
Umieram z ciekawości, jak Ty wyglądasz.
Obiecuję, że nie będę się śmiał jeśli okaże się, że wypadły Ci ząbki.
Nie będę się śmiał, bo Ty nie śmiejesz się ze mnie, chociaż naprawdę dziwnie wyglądam i nie umiem jak wróżki czy superman robić wszystkiego najlepiej na świecie.

Mieszkam sam w pniu drzewa, ale nie czuję się samotny, ponieważ mam wielu przyjaciół.
Sam to nie to samo, co samotny, kiedyś na pewno to zrozumiesz.
Nie obawiaj się, nie zrobiłem krzywdy drzewu.
Po prostu znalazłem pusty otwór odpowiedniej wielkości i urządziłem go po swojemu.
Moje drzewo wciąż żyje, wiosną pojawiają się na nim liście, które jesienią opadają.
Piętro wyżej, w koronie drzewa, czyli znacznie bliżej nieba, mieszka mądra sowa.
Rzadko pytam ją o zdanie kiedy mam jakiś problem, bo ona jest jak dla mnie zbyt mądra. Udziela takich odpowiedzi, których właściwie nie rozumiem.
Poza tym nieczęsto się widujemy, bo jak powszechnie wiadomo sowy w ciągu dnia raczej śpią, a budzą się wtedy, kiedy wszyscy już zasypiają.
Drzewo rośnie na skraju lasu.
Zanim się do niego wprowadziłem, zasadziłem przed wejściem krzaczek poziomek z prawej i krzaczek jagód z lewej strony.
Urosły tak szybko, że teraz są większe ode mnie kilka razy.
Dwa, trzy a może nawet czterokrotnie?
Trudno powiedzieć.
Jedno jest pewne, żeby dosięgnąć do owoców, muszę używać drabiny.
Mój dom nie jest duży, więc idealnie do siebie pasujemy.
Długo myślałem o tym, jaki powinien być w środku, to znaczy jak go urządzić.
Ale kiedy wziąłem się do pracy, moje wątpliwości znikały w mgnieniu oka, czyli bardzo szybko.
Pomyślałem, że uwielbiam kolor nieba tuż przed zmierzchem, czyli zanim zrobi się całkiem ciemno i zapadnie noc.
Pomalowałem więc ściany na ten właśnie kolor.
A ponieważ lubię fale, bo chyba nic bardziej nie uspakaja niż patrzenie na nie- na niebieskiej farbie umieściłem wzorek, który bardzo je przypomina.
Kiedy posprzątałem, bo podczas malowania wszystko strasznie się brudzi, zacząłem myśleć o kolorze dywanika.
Lubię różowe, ale ze znalezieniem odpowiedniego było tyle zachodu, że...doznałem olśnienia. No bo z czym się kojarzy zachód?
Ze słońcem oczywiście!
A słońce, kiedy już się na nie da patrzeć, późnym popołudniem, ma kolor dojrzałej pomarańczy.
I właśnie w tym kolorze było, o dziwo, najwięcej dywaników.
Wstawiłem do swojego przytulnego mieszkanka lampę, żeby było w nim jasno, kiedy wszędzie indziej będzie już ciemno.
Piecyk żeby było ciepło, kiedy wszędzie indziej będzie już zimno.
Stół, żebym mógł przy nim jeść, czytać albo pisać listy do przyjaciół.
Łóżko własnoręcznie zrobił mi w prezencie mój najlepszy kumpel, Hehel.
Ja tylko położyłem przed łóżkiem dywanik, żeby nie marzły mi stopy, kiedy rano po obudzeniu będę się zastanawiał, gdzie jestem.
Bo ja budzę się chyba dłużej niż inni, których znam i zanim sobie uświadomię, że sen już się skończył i zaczyna się prawdziwy dzień, zawsze mija sporo czasu.
Na podłodze przy łóżku postawiłem aparat telefoniczny.
Pomyślałem, że to dla niego najlepsze miejsce.
Kiedy ktoś do Ciebie dzwoni, to znaczy że bardzo tego chce bez ważnego powodu, a w najgorszym razie-ma jakiś pilny problem.
Tak czy owak wypada się obudzić i wysłuchać, co ma do powiedzenia.
A jeśli telefon dzwoni tuż przy uchu to szanse, że się go usłyszy znacznie rosną.
Nie gromadziłem w swoim domu zbędnych przedmiotów, tylko to, co najbardziej do życia potrzebne.
Z rzeczami, podobnie jak z niektórymi zabawkami, tak już jest, że najpierw bardzo się z nich cieszysz, ale już chwilę później o nich zapominasz.
Więc nie warto ich kupować bez opamiętania.


OPOWIEŚĆ


Kiedy na dobre zamieszkałem w domku z pnia, czegoś wyraźnie zaczęło mi brakować. Początkowo nie wiedziałem czego, bo wydawało mi się że mam już wszystko.
Ale jak mawiał ktoś równie niewielki jak ja, Mały Książę, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
To znaczy, że to, czego nie widać, może być tak samo lub nawet bardziej istotne niż to, co łatwo zobaczyć.
Siedziałem, myślałem i wreszcie wymyśliłem.
Skoro wiem, co jest nade mną, skoro wiem, co jest obok mnie, dlaczego nie miałbym się przekonać, co jest pode mną?
Centralne miejsce w moim pokoju zajmował właśnie dywanik.
Postanowiłem poświęcić swój komfort w imię wyższego- czy może raczej niższego-celu.
Zwinąłem go w rulonik i postanowiłem sprawdzić, co się kryje pod podłogą.
Zaopatrzony w lampkę i łopatkę kopałem powoli, ale systematycznie, każdego dnia.
Podpierałem belkami swoje wydrążone w ziemi korytarzyki, żeby wszystko nie zawaliło mi się na głowę.
Drążenie w ziemi było coraz bardziej ryzykowne, ale jakaś niewidzialna siła nie pozwalała mi przestać.
Pewnie wszystkim dookoła wydawało się, że to takie dziwne hobby, czyli zajęcie, które lubi się wykonywać najbardziej na świecie.
Uśmiechali się z pobłażliwością.
Ale przebijanie się przez trudności jest bardzo szlachetne, więc nikt nie wygłaszał na ten temat złośliwych uwag.
Ja natomiast spokojnie robiłem swoje przeczuwając, że w moim działaniu tkwi jakiś głębszy sens, którego - póki co - nie potrafiłem logicznie wytłumaczyć.
Jeśli tylko miałem odrobinę wolnego czasu- natychmiast schodziłem pod ziemię i powiększałem tunel.
Najprawdopodobniej byli i tacy wśród moich znajomych, którzy sądzili, że jestem najzwyklejszym poszukiwaczem skarbów.
Ale po pierwsze: poszukiwacze skarbów wcale nie są tacy znowu zwyczajni.
A po drugie: do czego miałby mi się przydać skarb, skoro miałem wszystko, co potrzebne do szczęścia?
Nadszedł dzień, kiedy dopadły mnie wątpliwości, czy dalej kopać.
Byłem już trochę zmęczony, bolały mnie ręce, codziennie musiałem się szorować w pobliskim strumyku, tunel coraz bardziej groził zawaleniem.
Pomimo wszystko postanowiłem jednak nie rezygnować, a to wydaje się dużo ważniejsze od lenistwa.
I jeszcze raz zszedłem pod ziemię.
Przecisnąłem się z trudem na sam początek, czy też może koniec korytarza – zależy z której strony patrzeć.
Coraz bardziej przypominał kształtem cyfrę 2, literę Z, a może lustrzane odbicie litery S?
Najbardziej chyba to ostatnie, ale nie uprzedzajmy wydarzeń...
Ledwie kilka razy poruszyłem łopatką, a moim oczom ukazała się drewniana skrzynka.
Lecz nawet nie zdążyłem jej dokładnie obejrzeć, kiedy na górze rozdzwonił się telefon.
Wziąłem skrzynkę i oświetlając sobie drogę lampką dotarłem do mieszkania, żeby dowiedzieć się, co takiego ważnego wydarzyło się, że ktoś dzwoni i dzwoni.
Jakby nie przyjmował do wiadomości, że mogę być zajęty albo po prostu wyszedłem.
Podniosłem słuchawkę i usłyszałem w niej przejęty głos mojego kumpla Hehela, tego od łóżka.
Tofel? To Ty? Już się bałem, że gdzieś wyszedłeś. Albo, że jesteś bardzo zajęty i nie podniesiesz słuchawki. A wiesz, mam wielki problem. To znaczy nie wiem, czy to jest problem, ale nie mam pojęcia, co robić w zaistniałej sytuacji. Pomyślałem, że może ty będziesz wiedział. Może się też okazać, że nie będziesz wiedział, lecz nie przejmuj się. Wtedy sam będę musiał coś wymyślić, chociaż oczywiście wolałbym, żebyś umiał mi doradzić...
Hehel, błagam cię, opowiedz mi wszystko po kolei. Co się stało, że jesteś aż tak zdenerwowany? To znaczy, czy stało się coś naprawdę złego?
Nie, ależ skąd. Najpierw zjadłem śniadanie. Wcześniej umyłem się i przebrałem, bo zamierzałem zrobić porządki w ogrodzie. Wiesz jak bardzo kocham swój ogród. No więc chciałem coś zasadzić zaraz po śniadaniu, bo podobno wieczorem ma padać deszcz. A wiesz najlepiej, że świeżo zasadzone rośliny szczególnie lubią deszcz.
Hehel, litości!
Dobrze, dobrze, nie denerwuj się...co ja mówiłem? Aha, że chciałem coś zasadzić. Ale, jak pewnie zauważyłeś, jest bardzo gorąco, bardziej niż mogłoby się wydawać, kiedy siedzi się w domu. Postanowiłem najpierw podlać moje ukochane stare roślinki. Każde dziecko wie, że nie wolno tego robić w pełnym słońcu, ale jeszcze mocno nie świeciło, bo rano zawsze świeci trochę słabiej niż w samo południe.
Hehel, na miłość boską, ja zaraz oszaleję, a wiesz że jestem cierpliwy jak mało kto. Dzwonisz jakby się paliło tylko po to, żeby mi powiedzieć o tym, co wie niby każde dziecko?
Nie, nie, oczywiście, że nie! Otóż przechodzę do rzeczy. Jak sobie życzysz. No więc jak powiedziałem, pomyślałem, że zanim coś zasadzę, najpierw podleję to, co już kiedyś zasadziłem, czyli to co rośnie i w związku z tym strasznym upałem może zwiędnąć. Nie wiedziałem, co mogłoby ewentualnie zwiędnąć w pierwszej kolejności, więc wyjrzałem przez okno i obok tego głazu, który kiedyś pomagałeś mi przetoczyć pod okno...pamiętasz ten głaz?
Tak, Hehel, pamiętam doskonale.
No więc obok tego głazu pojawiło się...Jajo!
Co się pojawiło?
No przecież ci mówię! Jajo! Największe, jakie kiedykolwiek widziałem. Ogromne. Nie wiem, czy największe na świecie, bo zbyt wielu jaj w życiu nie miałem okazji zaobserwować. To jest wielkości połowy ciebie czy mnie, choć chyba bardziej wielkości połowy mnie, bo zdaje się, że jestem od ciebie trochę wyższy. Ale nie mam co do tego absolutnej pewności, głównie dlatego, że chyba nigdy nie widziałem cię bez kapelusza na głowie.
Szczerze powiedziawszy bardzo lubiłem Hehela, był moim największym przyjacielem. Podzielałem jego zainteresowanie Jajem, ale zupełnie nie rozumiałem dlaczego porusza tyle spraw naraz.
Zawsze mówił dużo i często nie na temat.
Przynajmniej tak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka (bez obaw, nikt nie będzie rzucał okiem, chodzi po prostu o pierwsze wrażenie).
Nigdy jednak Hehelowi nie przerywałem i zawsze starałem się wysłuchać go z uwagą.
No przyznaję, że czasem tylko udawałem, że go słucham.
Ale nie upominałem i nie krytykowałem, bo wiedziałem, że sprawiłbym mu tym ogromną przykrość.
Czasem tylko, tak jak dzisiaj, troszeczkę go popędzałem, bo umierałem z ciekawości.
Nie, nie obawiajcie się. Wciąż żyję.
Ponieważ Hehel był przejęty bardziej niż kiedykolwiek, więc obiecałem mu, że przyjadę najszybciej jak to możliwe.
W końcu nie codziennie pod naszymi oknami pojawia się ogromne Jajo.
Co do tego, czy rzeczywiście ogromne, mogłem mieć wątpliwości, bo w oczach Hehela wszystko było trochę większe niż naprawdę.
Wsiadłem do swojego czerwonego samochodu żeby jak najszybciej znaleźć się pod domem Hehela.
Mijając po drodze poziomki, stokrotki i maki myślałem o tym, jak nudne byłoby nasze życie, gdybyśmy nie mieli przyjaciół, którym przytrafiają się niesamowite historie.
A Hehel był w tej dziedzinie prawdziwym mistrzem.
Nawet jeśli coś było tylko trochę niesamowite, on potrafił tak to opisać, że nie mogłem się doczekać jaki będzie koniec opowieści.
A koniec, jak nietrudno się domyślić, nigdy nie następował zbyt prędko.
Zbliżałem się do jego domu i już z daleka zauważyłem, że macha do mnie i podskakuje z przejęcia.
Miał na sobie szare spodnie z szelkami, co mogło wskazywać, że faktycznie zamierzał pracować w ogrodzie.
Jesteś nareszcie! Nie uwierzysz! Zaraz po telefonie do ciebie napiłem się wody, bo strasznie zaschło mi w gardle. Sam nie wiem, czy ze zdenerwowania, czy może dlatego, że jest tak gorąco. Więc kiedy już wypiłem tę wodę, wyszedłem żeby obejrzeć z bliska to nieszczęsne Jajo. I kiedy byłem mniej więcej w połowie drogi dostrzegłem to, czego wcześniej nie zauważyłem patrząc przez okno. Teraz przyszło mi do głowy, że może powinienem umyć okno? Wiesz, co ja zauważyłem, Tofel?
Wiedziałem, bo słuchając jednym uchem, co do mnie mówi, zdążyłem dokładnie obejrzeć Jajo ze wszystkich stron.
Otóż z przykrością odnotowałem fakt, że na skorupce widniało wyraźne pęknięcie.
I to nie takie, jakie można zobaczyć na chwilę przed wykluciem się ptaka. Nie, to pęknięcie było inne od tych, które widywałem do tej pory.
Ono było jakieś takie...chore.
Spojrzeliśmy na siebie i obu nam jak na zawołanie zrobiło się smutno.
Hehel pochylił się nad Jajem, pogłaskał je w miejscu pęknięcia z czułością i wyszeptał:
- Słuchaj. Trzeba się tym biednym Jajem zaopiekować, bo nie jest w najlepszym stanie. Myślę, że jeśli stworzymy mu odpowiednie warunki, to może kiedyś będzie szczęśliwe. Może kiedy poczuje się kochane i bardzo potrzebne, to wyzdrowieje? No sam nie wiem. W każdym razie wydaje mi się, że to nasz obowiązek, ale to może okazać się bardzo przyjemny obowiązek. Bo właśnie przypomniała mi się taka historia sprzed lat, kiedy znalazłem wśród całego pola chwastów, krzaczek przypominający drut kolczasty. Ładny to on nie był. Wykopałem go, bo pewnie w tamtym miejscu długo by nie przetrwał, posadziłem pod domem i podlewałem codziennie. I wiesz, że następnego roku okazało się, że wyrosło na nim mnóstwo leśnych malin? To znaczy jeżyny. I z roku na rok jest ich coraz więcej.
Więc może i z tym Jajem tak będzie, jeśli się nim zaopiekować. No, może niedokładnie tak. Wiem oczywiście, że są zasadnicze różnice, bo przecież Jajo to nie krzak. Ale powinniśmy spróbować. Swoją drogą, czy ty się kiedyś zastanawiałeś nad tym, co było pierwsze na świecie- jajko czy kura? Ja uważam, że...
Dyskretnie mu przerwałem pytając, jak sobie tą wspólną opiekę nad ułomnym Jajem wyobraża.
Ale zanim dokończyłem zdanie Hehel wyznał, że właśnie miał zamiar wyjechać do swojej kuzynki w odwiedziny.
Tu nastąpiła opowieść o kuzynce, którą dla dobra opowieści o Jaju pominę.
Więc jeśli to dla mnie nie kłopot- powiedział Hehel- to najchętniej mnie powierzyłby opiekę nad Jajem.
Zresztą i tak nie zna nikogo innego- dodał uprzejmie - kto byłby ode mnie lepszy, mądrzejszy i bardziej odpowiedzialny.
Zgodziłem się natychmiast, bo z komplementami nie wypada dyskutować.
Kiedy ktoś mówi o Tobie miłe rzeczy, trzeba tylko ładnie podziękować.
Najostrożniej jak to możliwe przenieśliśmy Jajo i umieściliśmy je w bagażniku mojego auta.
Wracałem najwolniej jak umiałem, czasem nawet miałem wrażenie, że wyprzedzają mnie piesi.
Czyli tacy, co albo nie mają samochodów, albo po prostu wolą chodzić.
Omijałem wertepy, dziury w drodze, a nawet płytkie kałuże.
Po powrocie do domu delikatnie zabandażowałem pęknięcie i umieściłem Jajo w koszyku, który zazwyczaj zabieram ze sobą do lasu na wypadek, gdybym napotkał więcej niż jednego grzyba.
Wcześniej wyścieliłem dno koszyka i taki pakunek zawiesiłem przy pomocy sznurka nad swoim piecykiem, który nie wiem zupełnie dlaczego ludzie nazywają „kozą”, choć według mnie w niczym jej nie przypomina.
Jednym słowem obchodziłem się z Jajem jak z jajkiem.
Tak też mówią ludzie, kiedy chcą podkreślić fakt, że są bardzo ostrożni i troskliwi.
Zasnąłem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Kiedy tylko się obudziłem, pobiegłem do sklepu.
Nie wiedziałem, co się wykluje z Jaja, ale byłem pewny, że będzie to małe i wymagające opieki.
Ekspedientka poradziła mi, żebym na razie zaopatrzył się w smoczek, na wypadek gdyby płakało-a ponoć płacze zawsze.
I butelkę ze smoczkiem, na wypadek gdyby było głodne- a podobno takie małe nie je tylko wtedy, kiedy śpi.
Usiadłem na łóżku już nieco spokojniejszy, bo dobrze przygotowany i wpatrywałem się w dyndające zawiniątko jak sroka w kość.
Dokładniej rzecz biorąc -jak sroka w gnat.
To też wymyślili ludzie, żeby podkreślić, że kość to dla ptaka coś dziwnego.
Pies wiedziałby, co z nią zrobić, z pewnością by się nie wpatrywał.
Prawie zasnąłem, kiedy usłyszałem delikatny trzask, chrobot i westchnienie. Chwilę później ze skorupki wyłoniło się coś skulonego i bardzo zielonego, co w niczym nie przypominało pisklęcia.
Przeniosłem TO na łóżko, bo bałem się, że wypadnie z koszyka na podłogę.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ale nie ulegało wątpliwości, że miałem do czynienia z narodzinami... Smoka!
Był śliczny, cały pokryty jasnymi kropkami, miał czerwone usta i bystre oczka, a także
ząbkowany grzbiet- jakby wycięty z papieru.
Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego.
Rozejrzał się, kiedy strząsnąłem z niego resztki skorupek i wziąłem na ręce.
Wcale nie miał zamiaru płakać, odniosłem nawet wrażenie, że jest zadowolony.
Ale jego radość nie trwała długo.
Niespecjalnie znam się na smokach.
Wiem tylko, że chodzenie po ziemi nie sprawia im wielkiej przyjemności i choć mają łapy, zdecydowanie bardziej wolą fruwać.
W tym też celu natura wyposażyła je również w skrzydła.
Zanim smok Smokuś - bo tak go w myślach nazwałem, kiedy tylko wyjrzał na świat-spróbował nimi zamachać, już wiedziałem, że coś jest z tymi jego skrzydłami nie w porządku. Konkretnie z jednym skrzydłem.
Konkretniej - z lewym.
Było krzywe, jakby połamane, zupełnie inne od prawego, które wyglądało na zdrowe.
Oczywiście nie dałem po sobie poznać, że to zauważyłem, bo nie chciałem Smokusiowi sprawić przykrości.
Kiedy spróbował zamachać skrzydłami i unieść się nad łóżkiem, pisnął cichutko i ze smutkiem w smoczych oczach opadł zdziwiony na kołdrę.
Jak już wspominałem, nie znam się na smokach aż tak dobrze, żeby wiedzieć czy zaraz po narodzinach potrafią latać.
Na przykład najmniejsi z ludzi, zwani niemowlętami, umieją tylko jeść, spać, płakać i ...sam wiesz najlepiej, co jeszcze.
Obiecałem Smokusiowi, któremu wyraźnie opadły oba skrzydła, nie tylko to uszkodzone (co znaczy dokładnie tyle, że był smutniejszy z minuty na minutę):
Słuchaj, nie przejmuj się aż tak bardzo. Teraz odpocznij. Jutro, jak tylko się obudzimy, znowu spróbujemy. Nie można się tak od razu załamywać.
Podtrzymywałem go na duchu, choć w głębi serca miałem wątpliwości, czy trudna sztuka latania w ogóle jest możliwa z takim wykrzywionym skrzydłem.
Odstąpiłem Smokusiowi swoje łóżko, bo poza tym, że nieszczęśliwy i zmęczony, był także moim gościem.
Przez całą noc zastanawiałem się, jak mógłbym mu pomóc.
Nie zmrużyłem oka wymyślając różne metody, ale nic szczególnego nie przychodziło mi do głowy.
Wtedy przypomniałem sobie o drewnianym pudełku, które znalazłem pod podłogą, w wykopanym przez siebie tunelu.
Tuż po alarmującym telefonie od Hehela położyłem je pod poduszką i zupełnie o nim zapomniałem.
Nic dziwnego, przecież tyle się wydarzyło!
Ostrożnie wyjąłem je spod poduszki, położyłem na stole i dokładnie obejrzałem.
Niczym szczególnym się nie wyróżniało.
Całe było z drewna.
Lecz choć wyglądało na otwarte, bo nie miało żadnego zamka, to w żaden sposób nie dało się otworzyć.
Potrząsnąłem je nad uchem, żeby sprawdzić, czy coś jest w środku, ale sprawiało wrażenie pustego.
Poddałem się, odłożyłem dziwne pudełko i zasnąłem z głową na stole, czego do końca nie pamiętam, bo zasnąłem jak kamień.
To też nie wiadomo dlaczego wymyślili ludzie, bo przecież nawet dziecko wie, że kamień nie śpi.
Może chodzi o to, że sen bywa równie twardy?
Rano, zaraz po śniadaniu, podjęliśmy ze Smokusiem kolejną próbę nauki latania.
Najpierw wyszliśmy przed dom.
Pogoda nam sprzyjała, co przyjąłem z zadowoleniem.
Smokuś był tak zdenerwowany, że trzęsły mu się jego krótkie smocze łapki.
Nie dziwiłem się temu specjalnie, bo byłem coraz bardziej pewny, że najważniejsze dla smoka jest właśnie latanie.
Posadziłem biedaka na bagażniku swojego autka i powiedziałem:
Słuchaj, kochany. Teraz siądę za kierownicą, ruszę i będę się rozpędzał jak umiem najbardziej. Ty na początku mocno się trzymaj żebyś nie spadł, a kiedy krzyknę ”już!”, wtedy podskocz i z całej siły zacznij machać skrzydłami. I nie denerwuj się, to musi się udać!
Tak powiedziałem i bardzo chciałem, żeby mój plan się powiódł, ale w głębi serca średnio w to wierzyłem.
Bo kiedy rano popatrzyłem na skrzydło Smokusia, wydawało mi się nawet, że jest bardziej pokrzywione niż poprzedniego dnia.
Dziwne, nigdy wcześniej nie byłem pesymistą, czyli kimś, kto wszystko widzi w ciemnych i brzydkich kolorach, a nie w jasnych i wesołych.
Z myślą, że powinienem bardziej wierzyć w sukces Smokusia, uruchomiłem silnik autka. Nacisnąłem mocniej pedał gazu.
Jechałem coraz szybciej, kątem oka obserwując smoka.
Siedział kurczowo uczepiony bagażnika i najwyraźniej był przerażony.
Kiedy krzyknąłem „już!”, zamachał skrzydłami tak bardzo, jakby od tego zależało jego smocze życie.
Prawie wjechałem w krzaki oglądając się do tyłu i zaciskając kciuki, co podobno pomaga w każdej sytuacji.
W tym przypadku jednak nie pomogło.
Smokuś nie uniósł się ani o centymetr, spadł i potoczył się po trawie.
Choć nic mu się nie stało, wyglądał jak kupka nieszczęścia.
Lekki to on nie był, ale wziąłem go na ręce i mocno przytuliłem.
Nie martw się, przyjacielu. Coś wymyślimy. Przecież nie ma sytuacji bez wyjścia. Nie wolno się poddawać!
Wypowiadając te słowa pomyślałem, że czasem tak się w życiu zdarza, że pocieszamy kogoś, a on wcale przez to nie staje się weselszy.
Tak czy owak warto to robić, bo skąd możemy wiedzieć czy gdybyśmy nie pocieszali wcale, to nie byłby jeszcze bardziej smutny?
Głaskając go po jego smoczym pyszczku, zaniosłem do domu.
Po drodze wpadłem na pomysł i aż zdziwiłem się, że dopiero teraz przyszedł mi do głowy.
Natychmiast podzieliłem się nim ze Smokusiem.
Sam nie wiem jak mogłem o tym od razu nie pomyśleć! Przecież kiedy ktoś jest chory, trzeba wezwać doktora. To znaczy zadzwonić i prosić, żeby przyszedł. Tak, zaraz zatelefonuję i zapytam, czy mógłby pojawić się jak najprędzej.
Mówiąc to, zauważyłem, że w oczach Smokusia pojawiła się iskierka nadziei.
Taka iskierka, to czasem więcej niż płomień.
Nie minęło wiele czasu, a pod drzwiami pojawił się w białym fartuchu, ze słuchawkami zawieszonymi na szyi i z apteczką w dłoni, Doktor Niefaust.
Wszedł, przywitał się i rozejrzał dookoła a następnie kazał smokowi usiąść na krzesełku, które ustawił pośrodku pokoju.
Najpierw obejrzał dokładnie jego gardło, kazał wypowiedzieć głośno litery A i B, a następnie założył słuchawki i powiedział to, co lekarze zawsze wtedy mówią:
Oddychać. Nie oddychać.
Smokuś grzecznie spełniał wszystkie polecenia Doktora Niefausta, ale widać było, że jest bardzo przejęty.
Na koniec Doktor kazał mu rozłożyć skrzydła i przyjrzał im się uważnie.
Podrapał się w swoją mądrą lekarską głowę, wyjął z torby książkę o smokach i ich chorobach, odnalazł właściwą stronę i popadł w zadumę.
No cóż, hmm – powiedział. Medycyna zna takie przypadki jak ten. Ale nie mam dobrych wiadomości. To skrzydło wygląda na złamane. To znaczy ono teraz jest już zrośnięte i dlatego nie boli. Ale zrosło się krzywo i dlatego nie jest takie proste jak prawe, które nigdy złamane nie było. W ogóle nic w tej sytuacji nie jest proste...hmm...ale mam pewne podejrzenia. Czy skorupka, w której był wcześniej mały smok, nie była przypadkiem pęknięta?
To pytanie skierował do mnie.
Ale miałem wrażenie, że wcale nie czeka na odpowiedź, bo wszystko wie lepiej.
Poczekał jednak grzecznie aż potwierdzę jego przypuszczenia, pokiwał głową, pogłaskał Smokusia po ułomnym skrzydełku jakby go chciał pocieszyć i powiedział coś, co z pewnością nie było miłe.
Ale tak to bywa z prawdą, że nawet najgorsza i tak jest lepsza od kłamstwa.
Mogę się oczywiście mylić, ale moim zdaniem smok nigdy nie będzie mógł latać. Bardzo mi przykro, ale ja nie jestem w stanie w żaden sposób mu pomóc. Oczywiście może, i nawet powinien, ciągle próbować, ale obiecać, że kiedyś będzie fruwał jak inne smoki, niestety nie mogę. Na dzień dzisiejszy tak właśnie się ta sytuacja przedstawia. Jednak trzeba mieć nadzieję, bo medycyna robi z dnia na dzień ogromne postępy.
Kiedy tylko Doktor Niefaust zamknął za sobą drzwi, dzielny do tej pory Smokuś rozpłakał się rzewnymi łzami.
Szlochał tak rozpaczliwie, że zupełnie straciłem głowę.
To znaczy nie odpadła mi nagle, nie o to chodzi.
Tak mówią ludzie, kiedy nie wiedzą, co zrobić i czują się całkiem bezradni.
Najpierw postawiłem obok smoka najpyszniejsze na świecie ciasteczka.
Ale jeśli ktoś jest naprawdę zrozpaczony, to nawet na nie nie spojrzy.
Tak też było w tym przypadku.
Płakał tak i płakał, a wtedy ja przypomniałem sobie znowu o drewnianym pudełku.
To była jedyna rzecz w moim domu, która choć trochę przypominała zabawkę.
Popatrzył na pudełko i wciąż szlochając chwycił je mocno.
Nagle, kiedy na wieczko spadła Łza Najprawdziwszego Smutku, stał się cud.
Skrzyneczka otworzyła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i ukazał się w niej widok niezwykły tak bardzo, że aż usiadłem z wrażenia.
W górnej części pojawił się piękny pejzaż w słonecznych promieniach, a w dolnej – uśmiechnięta twarz.
Ta twarz popatrzyła na Smokusia z ogromną radością i wtedy z pudełka wyfrunęły dziesiątki różnokolorowych gwiazdek.
Owinęły się wokół niego świecąc bardzo jasno i tworząc kształt litery „S”.
Smokuś krzyknął „ hurrra” i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu uniósł się nad podłogą tańcząc w powietrzu.
Trwało to zaledwie chwilę, czy jak kto woli ułamek sekundy.
Potem pudełko zamknęło się, a rozpromieniony Smokuś usiadł - jak przedtem- na podłodze przecierając ze zdziwienia swoje radosne już oczka.
Skrzydełko jednak nadal było krzywe.
Patrzyłem na nie z niepokojem, trochę zawiedziony.
Obu nas zamurowało, to znaczy nie mogliśmy powiedzieć ani jednego słowa.
Siedzieliśmy więc w milczeniu.
Cuda się zdarzają- powiedziałem przerywając ciszę.
Twoje skrzydełko się nie wyprostowało, ale jeśli mocno w coś się wierzy i bardzo się tego chce, to wszystko jest możliwe. A ty przecież bardzo chciałeś fruwać. I na własne oczy widziałem- fruwałeś!!!
Przejęci wybiegliśmy na łąkę, a Smokuś bez najmniejszego wysiłku znów się uniósł, tym razem nad ziemią, choć w pobliżu nie było już ani tajemniczego pudełka, ani tym bardziej magicznych gwiazdek.
Latał nad krzaczkami poziomek ciesząc się jak dziecko, najszczęśliwszy pod słońcem.
Widzisz? Marzenia się spełniają! – krzyknął z góry.
Tak – odpowiedziałem. Bo jeśli marzysz, to tak naprawdę już odrywasz się od ziemi!!!
Kiedy Smokuś sobie fruwał śpiewając na całe gardło i przylatując od czasu do czasu po poziomki, które dla niego zrywałem, przypomniało mi się, że na pejzażu z górnego wieczka magicznego pudełka widać było góry.
A nad nimi słońce.
Pomyślałem teraz, kiedy już nieco ochłonąłem, że dzięki temu zdarzeniu wreszcie zrozumiałem, co ludzie mają na myśli, kiedy mówią

ŻE WIARA GÓRY PRZENOSI...

Facebook Twitter Google+ Pinterest
×

Log in